A gdzie Żółwik….

W piękny, sobotni poranek zwarta, mocna i gotowa ekipa PTT rozpoczęła kolejną przygodę z górami. Tym razem celem było zdobycie Babiej Góry, a właściwie Horki, ponieważ Ojciec Dyrektor postanowił zapoznać nas z trasą naszych południowych sąsiadów. Dzień z każdą chwilą robił się coraz ładniejszy, słońce przyświecało ochoczo, a radość w busie wzrastała z każdym przejechanym kilometrem dodatkowo wzmacniana odpowiednim śniadaniem, popijanym fizjologicznym płynem zewnętrznym (tu odsyłam do kabaretu Andrzeja Poniedzielskiego „Mowa ciała”)
Na punkt startowy naszego szlaku wyznaczona została Lipnica Wielka – Przywarówka. I tu znów czekała nas niespodzianka, ponieważ można było wybrać sobie szlak: niebieski na Słowację, skąd dalej żółtym przewidziano atak na "Królową Beskidów" lub nieco krótszy – zielony po rodzimej stronie Beskidu Żywieckiego. Grupa jednak po krótkich przemyśleniach postanowiła utworzyć jeden mocny zespół szturmowy obierając wariant przez terytorium sąsiadów. Słońce wciąż zachęcało do dłuższej wędrówki serwując nam sporą dawkę ciepła. Czego więcej chcieć?!
Trasa prowadziła początkowo szeroką, łagodnie nachyloną ścieżką aż do skrzyżowania szlaków przy Gajówce Hviezdoslava, gdzie Ojciec Dyrektor przewidział krótki postój. Dzięki temu każdy miał chwilę dla siebie, którą tradycyjnie niektórzy wykorzystali na nadrabianie zaległości nieprzespanej nocy (tu Syn Szefa dotrzymuje tradycji), inni uzupełniali płyny wytapiane z ciał żarzącymi coraz mocniej promieniami słońca, a jeszcze inni urządzali sobie sesje zdjęciowe wcielając się w rolę modeli (modelek) tudzież fotografów lub zamieniając się rolami. Dla każdego coś miłego.


12.05.2012 - Gajówka Hviezdoslava - (fot. Artur Marć)

Stąd obrawszy żółty szlak (Polhora - Babia Góra) ruszyliśmy ostro pod górę po drodze pokonując drewniany mostek nad płynącym górskim potoczkiem. Ten punkt zapisał się w historii wyjazdu, choć w tym momencie nikt z dzielnych zdobywców Babiej Horki jeszcze o tym nie wiedział. Kontynuując zatem nasz trekking coraz bardziej stromym podejściem osiągnęliśmy punkt zwrotny naszej wyprawy – wiatę w której zabiwakowaliśmy na posilenie się przed atakiem szczytowym. Mocniejsza część grupy (Karol i Andrzej) nie odczuwali głodu i karmili się adrenaliną charakterystyczną dla zdobywców więc szybko zniknęli za horyzontem. Pozostali przystąpili do uczty „czym chata bogata…”. Serwowano na przemian kabanosy z ananasem, zagryzane kanapką popychaną czekoladą i przepijaną fizjologicznymi płynami zewnętrznymi (patrz wyjaśnienie - koniec pierwszego akapitu). Kolejni członkowie i członkinie zespołu szturmowego dołączali do biesiady uzupełniając menu targanymi w plecakach smakołykami.
Uczta dobiegała końca, w powietrzu unosił się zapach zapowiadanego załamania pogody i już wesoła gromadka miała rozpocząć ostatni etap ataku szczytowego gdy do naszej świadomości dotarło, że brakuje nam wciąż jeszcze jednego kolegi z drużyny. Ojciec Dyrektor zszedł więc z powrotem kilkadziesiąt metrów z zamiarem wyjścia zaginionej owieczce naprzeciw, ale owieczki widać nie było.


13.05.2012 - W drodze na Policę - (fot. Artur Marć)

Czas powoli naglił, część biesiadników sukcesywnie ruszała w dalszą drogę, słońce zasłonięte zostało gęstymi chmurami, które zdołały już wypuścić pierwsze krople deszczu zwiastujące spełnienie prognoz Onetu. Dłuższe oczekiwanie na wolniejszego kolegę groziło utratą wszystkich zapasów żywnościowych (i co gorsza płynów)oraz koniecznością przetrwania pod wiatą. Ojciec Dyrektor wrócił po wsparcie i wraz z trzymającym kasę Arturem postanowili kontynuować akcję poszukiwawczą przeczesując okolice rozchodzących się przy mostku dróżek. Pozostali natomiast rozpoczęli atak szturmowy na Królową Beskidów przejmując dowodzenie.
Po chwili (pojęcie względne) dało się odczuć wparcie Opatrzności - zapewne spory wpływ na to miała obecność Wielebnego Kilera posiadającego niepodważalne wtyki na Górze – którego dowodem był telefon Ojca Dyrektora „znalazł się”. Nasz nowy kolega w całym swoim nieprzygotowaniu do wędrówki dokonał czegoś, co ułatwiło wypatrzenie go w gęstwinie lasów – założył na wyjazd żółtą koszulkę lidera (Lucky men!!!). Odetchnęliśmy z ulgą, bo co prawda 1/21 to zaledwie 4,7% grupy, a dopuszczalne straty 10% są do przyjęcia, to jednak bez naszego kolegi wyjazd nie byłby już taki sam.
Od tego momentu „Zaginiony w akcji” stał się chroniony lepiej niż niejeden światowy VIP, pilotowany na szczyt Babiej Horki w towarzystwie grupy wsparcia (Ojciec Dyrektor, Wielebny Kiler, „Bankier” PTT – Artur + 5 pomocników i 1 pomocniczka), wspomagany profesjonalnym sprzętem Darka, eskortowany do bazy Markowe Szczawiny przez Bodygardów (Grzegorza i Jarka) obserwujących każdy krok „Zwycięzcy” (the Winner is…). Skupienie ratowników na zadaniu bezpiecznego doprowadzenia zaginionej owieczki do celu sprawiło, że nie przeszkadzał nikomu lejący już od godziny deszcz, a sesja zdjęciowa na szczycie Babiej Góry nie wymagała wymuszania sztucznego uśmiechu na twarzach – naturalny nie schodził już z lic przez cały weekend.


13.05.2012 - Schronisko na Hali Krupowej - (fot. Artur Marć)

Po doprowadzeniu VIPa do punktu meldunkowego Markowe Szczawiny, gdzie cała grupa znów stała się jedną drużyną, zarządzono krótką przerwę na regenerację utraconych zasobów cieplno-energetycznych członków grupy ratowniczej, po czym prawie zwartą drużyną pokonano ostatni tego dnia etap trekkingu schodząc do Zawoi.
Zakończona sukcesem akcja ratownicza stała się motorem radosnego świętowania na całym wyjeździe, którego początkiem była wspólna kolacja w karczmie w Zawoi połączona z przygrywaniem miejscowej kapeli i tańcami niczym w balladzie Pani Twardowskiej:

Jedzą, piją, lulki palą,
Tańce, hulanka, swawola;
Ledwie karczmy nie rozwalą,
Cha cha, chi chi, hejże, hola!

Wspólna radość trwała do późnych godzin nocnych – oczywiście po uprzednim doprowadzeniu się do stanu dopuszczającego przebywanie wśród ludzi (kąpiel).
Drugi dzień wyjazdu rozpoczął się oczywiście Mszą Świętą odprawioną przez Wielebnego Kilera oraz bogatym śniadaniem z jajecznicą - nieodłącznym elementem wyjazdowych niedziel.
Ojciec Dyrektor znów stał się mentorem całej drużyny i wyznaczył trasę z Przełęczy Krowiarki przez Halę Śmietanową, Policę, Halę Krupową z zejściem do Skawicy (Suchej Góry). Tym razem obyło się bez przygód, wszyscy szli w zwartej grupie choć dzień upłynął w zasadzie na omawianiu szczegółów akcji ratowniczej dnia poprzedniego. Radości nie było końca, śmiechem rozgoniliśmy poranne chmury i podnieśliśmy temperaturę powietrza, a przypieczętowaniem drużynowej jedności było świętowanie na Hali Krupowej przy uginającym się pod ciężarem kufli piwa, żurków, frytek, szarlotek, de volaille’ów i własnych kanapek stołu. Wszystko, co dobre ma jednak swój koniec, dlatego trzeba było podjąć trud wyjścia ze schroniska i ruszyć na ostatni etap górski tego rajdu - zejście do Skawicy, gdzie czekał już na nas czerwony busik, który bezpiecznie dowiózł nas do Tarnowa.
Kolejna wyprawa dobiegła końca, ale wspomnienia z niej jeszcze na długo z nami pozostaną, a autor tej relacji żegna się hasłem znanym nie tylko uczestnikom ostatniego rajdu… „no to żółwik”.

Barbara Kasperek


13.05.2012 - Zejście do Suchej Góry - (fot. Artur Marć)