Regulamin Odznaki PTT „Szlak Tarnów – Wielki Rogacz”

Filtr
  • 02.08.2015 Wycieczka na Halę Łabowską

    Wycieczka na Halę Łabowską w Beskidzie Sądeckim.

    W słoneczny niedzielny poranek wyruszyliśmy na spacer po górach. Celem wyprawy było schronisko na Hali Łabowskiej (1061 m n.p.m.) w Beskidzie Sądeckim. Wspaniałą chwilą było powitanie nowych osób, które zapisały się na naszą wycieczkę i razem wyruszyliśmy busem do miejscowości Piwniczna-Zdrój, z której to wiedzie żółty szlak do schroniska. Żwawym tempem wyruszyliśmy na szlak. Po drodze mijaliśmy pasące się stado owiec, które pilnował gospodarz i bacznie obserwował nasze aparaty wycelowane w jego inwentarz. Pierwszym przystankiem na trasie, była kapliczka przy kilku domach, gdzie zrobiliśmy wspólne zdjęcie z flagą. Na zdjęciu zabrakło dwóch nowych osób, które z niewiadomych przyczyn wybrały inną trasę, sugerując się logiką, że szlak zawsze wiedzie w górę. Po kilku telefonach naprowadzając je na szlak, odetchnęliśmy z ulgą i mogliśmy ruszyć w dalszą wędrówkę. Z jednego z domów wyjechała na rowerku mała dziewczynka, która odwracając się do taty ubierającego buty, poprosiła go dwukrotnie, by nie wrócił do domu pijany. Przechodząc obok tej ściskającej serce sceny, długo nie mogliśmy zapomnieć słów małej dziewczynki. Naszą uwagę zajęła nagła zmiana kierunku szlaku, który był tylko widoczny na kamieniu, kilkoro z nas postanowiło poczekać na idące spokojnym tempem dziewczyny. Upewniwszy się telefonicznie, że odpoczywają i przekazując im wskazówki co do szlaku, poszliśmy dalej za żółtymi barwami. Nagle wśród krzewów borówek wyłoniły się postaci z naszej ekipy, umorusane czarno-granatowym sokiem.


    02.08.2015 - Wycieczka na Halę Łabowską w Beskidzie Sądeckim - (fot. Kinga Buras)

    W planach wycieczki było zbieranie borówek, stąd obowiązkowy przystanek na owoce polany. Uzbierawszy dostateczną ilość, z żalem serca pozostawiliśmy dojrzewające w słońcu borówki. Pozostałe dwie godziny do schroniska postanowiliśmy przyśpieszyć kroku, by jak najszybciej usiąść w schroniskowej kuchni przy porcji naleśników z serem i nie może być inaczej, jak borówkami z dużą porcją bitej śmietany. Po długim odpoczynku w oczekiwaniu na pozostałych wędrowców, zrobiliśmy zdjęcie z flagą oddziałową, w której Rafał wypatrzył „zwierzę” i zachwycając się naszym logo wymachiwał z każdej strony pokazując innym swoje spostrzeżenia. Ta obserwacja nie przeszła obojętnie, gdyż zaczęliśmy pilniej wypatrywać zwierzynę w otaczającym nas lesie. Ruszyliśmy szlakiem do Łomnicy-Zdrój, gdzie oczekiwał nas bus. Mijaliśmy po drodze polany borówek, na które już nikt nie zwracał uwagi, zajęci dyskusjami i rozciągającymi się widokami. Kilka osób skorzystało z możliwości udziału w niedzielnym nabożeństwie, a reszta schodziła jeszcze ze szlaku dostosowanym do siebie tempem. Radość z pobytu w górach i doznania ich piękna towarzyszyły nam jeszcze w rozmowach w drodze powrotnej. Padło wiele zaproszeń na naleśniki i pierogi z borówkami domowej roboty, jak również zapewnień, że wrócimy tu za rok z większymi pojemnikami. Tak nasza podróż dobiegła końca. Dziękuje członkom PTT oraz nowym osobom, które udały się na wycieczkę, zapraszamy do udziału w kolejnych eskapadach !

    Kinga Buras


    02.08.2015 - Wycieczka na Halę Łabowską w Beskidzie Sądeckim - (fot. Kinga Buras)

  • "Co słychać?" - Nr 7-8 (283-284) / 2014

    Oddajemy do Waszych rąk wakacyjny, podwójny numer "Co słychać?" o objętości 16 stron.
    Okazją do bliższego zapoznania się z działalnością Oddziału PTT w Opolu jest jubileusz 25-lecia tego oddziału, o czym na pierwszej stronie pisze Barbara Morawska-Nowak. Wewnątrz numeru znajdziemy także wywiad Kingi Buras z prezesem opolskiego PTT Janem Sachinkiem oraz okolicznościowe refleksje Kazimierza Fikusa.
    Tradycyjnie wiele miejsca poświęcamy działalności ZG PTT i Oddziałów.
    Wśród tych pierwszych należy odnotować relacje z III posiedzenia Zarządu Głównego IX kadencji oraz Zjazdu Delegatów PTT w Kozach opracowane przez Barbarę Morawską-Nowak. Nina Mikołajczyk przybliża nam wizytę studyjną w Czechach, gdzie gościła jako przewodnicząca Komisji ds. ochrony przyrody i zabytków przy ZG PTT, a Józef Haduch opisuje XLVI Zjazd Podhalan, w którym wzięła udział delegacja PTT. Mamy też i pierwszy akcent związany z przyszłorocznym Rokiem Kazimierza Przerwy-Tetmajera - z naszej inicjatywy NBP w planie emisyjnym na rok 2015 znalazły się dwie monety poświęcone temu wybitnemu poecie.
    Wśród wieści z Oddziałów dzięki relacjom Szymona Barona możemy poczytać o zakończeniu akcji "Sprzątamy Beskidy z PTT 2014" oraz montażu tabliczek kierunkowych na obu końcach Małego Szlaku Beskidzkiego. Znajdziemy też notkę Michała Myśliwca o nowym Sądzie Koleżeńskim w Krakowie oraz relację Marcina Kolonko z wyjazdu w Małą Fatrę. Warta odnotowania jest także relacja Barbary Morawskiej-Nowak z XXII spotkania taterników-seniorów w Morskim Oku, w którym co roku bierze udział wielu członków naszego Towarzystwa.
    W numerze poczytamy także o nowych książkach, których autorami są członkowie Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego. Artysta fotografik Jarek Majcher (O/Opole) w swoim nowym albumie pt. "Tatry - Śladami pierwszych turystów i fotografów" przybliża historię fotografii tatrzańskiej na przestrzeni 150 lat, natomiast Bartłomiej Grzegorz Sala, historyk i etnolog (O/Kraków), który na nowo opracował polskie legendy związane ze smokami (niektóre z nich związane są z górami) zachęca do lektury swojej książki pt. "Księga smoków polskich". Za zgodą Wydawnictwa Bosz publikujemy legendę o "Królu Wężów i Perłowiczu".
    Numer uzupełnia artykuł Józefa Haducha o bieszczadzkiej Pani z Zagórza oraz zachęta do dokonywania przedpłat na 22. tom "Pamiętnika PTT".

    Życzymy przyjemnej lektury! (pobierz -> 1,14 MB)

  • 13.07.2014 "Pstrągi w Beskidzie Niskim"

    Pstrągi w Beskidzie Niskim...

    Do jednej z wielu cyklicznych imprez organizowanych przez nasz Oddział należy letni wypad w Beskid Niski, który kończymy konsumpcją pstrągów. Podobnie jak w ubiegłym roku autorem planu był kolega Artur (specjalista od Beskidu Niskiego). Start został zaplanowany z Huty Polańskiej od schroniska Hajstra i kościółka św. Huberta i św. Jana z Dukli na Przełęcz (lub jak kto woli Sedlo) Mazgalica i Filipowski Wierch, a następnie łąkami nad Ożenną do szlaku zielonego, którym dojdziemy na Wysokie. Termin imprezy - 12 lipca. Lista na forum pęka w szwach… Aż tu nagle info - załamanie pogody. Nie trzeba też czytać prognoz - leje cały czas. Zainteresowani wyjazdem są trochę niepewni… ale Artur oznajmia wszem i wobec - wyjazd przełożony na następny dzień.


    13.07.2014 - "Pstrągi w Beskidzie Niskim" - (fot. Artur Marć)

    Nieco zamieszania, niektórzy mają wątpliwości (podobno Jasło zalane) i rezygnują, ale nie poddajemy się! W niedzielny poranek tradycyjnie o 7:00 startujemy spod Tarnovii. Pogoda troszkę zaskakuje, niby słoneczko, potem chmurki, deszczyk - no, ale nas to nie straszy. Startujemy uśmiechnięci, zadowoleni, że zamiast oglądać "Dzień dobry TVN" jesteśmy w górach. Podążamy więc wyznaczoną trasą - ciut zaskoczeni, że mało tego błotka po takich ulewach. Błoto zatem nie dopisało, ale żeby było ciekawie, to w części "łąkowej" napotykamy na wylany potok. Ale dla wytrawnych piechurów to żadna przeszkoda - umiemy chodzić po wodzie… no może z wyjątkiem Janusza, który kilkakrotnie wyciskał wodę ze skarpet… Reszta uczestników nie przyznała się, że ma mokro w butach. Może dlatego, że był to już końcowy etap trasy i wszyscy myślami byli już w Foluszu…


    13.07.2014 - "Pstrągi w Beskidzie Niskim" - (fot. Artur Marć)

    Mimo mokrych butów pogoda ducha nikogo nie opuszczała, powoli zeszliśmy do Krępnej - uzdrowiska w Magurskim Parku Narodowym (gdzie mieści się siedziba jego dyrekcji). Kilka ostatnich fotek z zalewem rekreacyjnym na Wisłoce w tle i udajemy się do busa, bo pstrągi już czekają. Kilkanaście minut jazdy i jesteśmy w Foluszu. Tam właśnie delektujemy się wyśmienitym pstrągiem. Troszkę trzeba było czekać, ale - cierpliwość kluczem do radości. Nasze podniebienia były usatysfakcjonowane, co potwierdzone było faktem, iż większość z nas zamawia "pstrąga na wynos"… (chociaż nie wiem czy jednak nie po to, by wkupić się w łaski opuszczonym rodzinom, które same pozostały w domu). Po skończonej degustacji niestety trzeba było wracać do Tarnowa. Smutno tak… z takiej sielanki wracać do codziennej rzeczywistości. Miło wspominać. Teraz pozostało nam tylko czekać na kolejną już edycję "Pstrągów w Beskidzie Niskim".

    Przemysław Klesiewicz


    13.07.2014 - "Pstrągi w Beskidzie Niskim" - (fot. Przemysław Klesiewicz)

  • 28-29.06.2014 Dwa dni w Tatrach Polskich

    Dwa dni w Tatrach, czyli rzecz o jątrzeniu...

    Na początku było... zdziwienie. Bus ten sam, kierowca ten sam, tylko prędkość zupełnie inna, tzn. znacznie większa niż w trakcie poprzedniego wyjazdu. Nie wiadomo co spowodowało taką nagłą odmianę naszego drivera. Być może to sugestie szefa lub też lepsze fluidy. W każdym bądź razie bus wypełniony członkami i sympatykami tarnowskiego Oddziału PTT mknął z prędkością, oględnie mówiąc, przyzwoitą w kierunku "naszego tatrzańskiego matecznika".
    Miejsce startowe wyznaczyliśmy sobie takie samo jak niemal dwa lata temu - wylot Doliny Suchej Wody w Brzezinach. Plany przewidywały eksplorację okolic Doliny Gąsienicowej, z uwzględnieniem tzw. preferencji indywidualnych. Jak się okazało tych preferencji było niewiele, bo tylko Jarek zdecydował się na samodzielne zdobycie Kasprowego Wierchu, reszta zaś wycieczki postawiła sobie za cel ambitne zdobycie Świnicy.


    28-29.06.2014 - "Dwa dni w Tatrach Polskich"- (fot. Artur Marć)

    Korzystając ze swego rodzaju bonusu czasowego (podziękowania dla Pana kierowcy Andrzeja) tuż po godzinie dziesiątej zameldowaliśmy się w Murowańcu, jak zwykle zatłoczonym. Tutaj nasza grupa wzmocniła się o Adama i Asię, którzy uznali, że w Tatry najlepiej przyjechać na trzy dni, nie zaś tylko na sobotę i niedzielę. Trudno się z tym nie zgodzić.
    Ławeczki pod Murowańcem to miejsce pierwszego odpoczynku. Kanapka, łyk wody i czas ruszać ku Zawratowi. Pogoda dopisuje, nogi same rwą się w kierunku tatrzańskiej grani. Przy Czarnym Stawie podziwiamy Kościelec i widoczną jak na dłoni Orlą Perć. Z błękitem nieba kontrastują czarne ściany Granatów i zalegający gdzieniegdzie śnieg. Mamy przed sobą jeden z trudniejszych tatrzańskich szlaków. Nikt jednak nie narzeka na mozolne podejście, czy zatory przy łańcuchach. Ci, którym w zimie brakowało śniegu mogą się nim nacieszyć w Zawratowym Żlebie. Na szczęście wiele go już nie zostało, więc Zawrat zdobyć możemy na lekko, czyli bez raków i czekanów.


    28-29.06.2014 - "Dwa dni w Tatrach Polskich"- (fot. Mariusz Nytko)

    Trudy podejścia na przełęcz wynagradza panorama Tatr Wysokich. Uzupełniając kalorie na Zawracie podziwiamy Gerlach i Krywań. W dole pod nami jest Dolina Pięciu Stawów Polskich. Czy można chcieć czegoś więcej?
    Powyższe pytanie jest czysto retoryczne. Oczywiście, że można. Przecież panorama ze Świnicy jest jeszcze pełniejsza. A zatem ruszamy w drogę, zatrzymując się przy kolejnych łańcuchach, przy których robią się zatory. Nie ma jednak powodów do narzekania. Taki przymusowy postój to dobry czas by oglądnąć się za siebie i nacieszyć wzrok widokami, które nigdy się nie znudzą.
    Świnicę zdobywamy na raty, tzn. jedna nasza kilkuosobowa grupa z niej schodzi, natomiast inna czeka pod wierzchołkiem. Na szczycie Świnicy miejsca jest niewiele, zaś dzisiaj, korzystając z dobrej pogody sporo miłośników Tatr postawiło sobie za cel zdobycie tego niewątpliwie honornego tatrzańskiego wierchu. Tak więc ci, którzy weszli na wierzchołek szybko muszą ustępować miejsca kolejnym. Szkoda, bo w ten sposób nie było szans na tradycyjne zdjęcie z "flażką oddziałową".


    28-29.06.2014 - "Dwa dni w Tatrach Polskich"- (fot. Artur Marć)

    Na szczęście członkowie towarzystwa spod znaku górskiej kozicy potrafią się dzielić z innymi i nie zawłaszczają dla siebie cudnych tatrzańskich widoków.
    Zdobycie Świnicy oznacza osiągnięcie sobotniej kulminacji. Teraz już w grupach kierujemy się z powrotem ku Murowańcowi. Jedni zmierzają tam przez Kasprowy Wierch, inni zaś skracają sobie drogę i zbiegają przez Świnicką Przełęcz. Murowaniec oczywiście nie jest przystankiem końcowym naszej sobotniej wędrówki. Musimy jeszcze dotrzeć do naszego busa, który podobnie jak w 2012 r. czeka na nas na stacji benzynowej w Kuźnicach. Zmęczeni, ale szczęśliwi meldujemy się kolejno przy busie. Ci, którzy dotarli pierwsi rozsiadają się na trawniku, głośno wyrażając zniecierpliwienie oczekiwaniem na pozostałych. I tu po raz pierwszy pada zwrot który zrobił zawrotną (nomen omen) karierę na tym tatrzańskim wyjeździe. Chodzi bowiem o tytułowe "jątrzenie". Czołowy słowotwórca, świeżo upieczony członek Oddziału, każdą krytykę uznaje za jątrzenie, przypisując tę cechę tzw. płci pięknej. Nieoczekiwanie zatem wyjazd w Tatry zmienia się w odwieczną dyskusję o wadach i zaletach kobiet.


    28-29.06.2014 - "Dwa dni w Tatrach Polskich"- (fot. Artur Marć)

    Dyskusja jak to z reguły bywa pozostaje nierozstrzygnięta, a nawet odłożona na bok, bowiem wieczorem poświęcamy się sprawom o wiele ważniejszym niż antagonizmy damsko-męskie. W dalekiej Brazylii trwają mistrzostwa świata w piłce nożnej, które wkraczają w decydującą, tzn. pucharową fazę. Nam w oglądnięciu przypadł mecz Kolumbia - Urugwaj. Na szczęście dla zawodników z Kolumbii w meczu nie zagrał urugwajski Hannibal Lecter, czyli Luis Suarez, usunięty uprzednio z mundialu, więc piłkarski pojedynek zakończył się bezkrwawo.
    O ile sobotni dzień w Tatrach przebiegał przy bardzo dobrej pogodzie, o tyle niedzielny poranek wskazywał na to, że tym razem warunki nie będą optymalne. Wierzchołki drzew smagane silnym wiatrem wyginały się we wszelkich możliwych kierunkach, zaś nad Tatrami Zachodnimi zalegał wał chmur.


    28-29.06.2014 - "Dwa dni w Tatrach Polskich"- (fot. Artur Marć)

    Niezrażeni tym Berni i Boguś wyruszyli wczesnym rankiem z zamiarem zdobycia Bystrej, kulminacji Tatr Zachodnich. Jak się okazało musieli jednak skapitulować przed wiatrem, podobnie jak ci uczestnicy wyjazdu, którzy za cel postawili sobie zdobycie Starorobociańskiego Wierchu. W niedzielę głównym bohaterem okazała się być pogoda, skutecznie „jątrząca". Niektórzy zrzucili to na karb tego, iż rzeczownik "pogoda" jest rodzaju żeńskiego, a zatem musi jątrzyć. Inni zaś zwracali uwagę na to, iż rzeczownik "wiatr" jest przecież rodzaju męskiego. Wszyscy razem, po kapitulacji przed siłą wyższą, na Siwej Polanie zeszli się na tradycyjnym piwie wieńczącym górskie dzieło. Wprawdzie nie udało się drugiego dnia zrealizować założonego planu, ale nie było powodów do narzekania. Nikt przecież nie chciał narzekać, by nie narazić się na zarzut "jątrzenia"...

    Artur Marć


    28-29.06.2014 - "Dwa dni w Tatrach Polskich"- (fot. Magdalena Leśniowska)

  • 18.08.2013 Wycieczka na Leskowiec w Beskidzie Małym

    Letni spacer na Leskowiec i Groń Jana Pawła II w Beskidzie Małym.

    W słoneczny, sierpniowy poranek, uczestnicy wycieczki w Beskid Mały, zorganizowanej przez Jurka Zielińskiego, wyruszyli w długą podróż wesołym busem. Rozrywkę podczas jazdy zapewniała nam Basia, jedna z założycielek "Tarnowskich Włóczykijów", która swoim pozytywnym nastawieniem i śmiechem, rozbawiała pasażerów. Z "Archiwum X" wydostały się na światło dzienne mapy gór, które służyły dawniej wędrowcom i chociaż góry nie zmieniły swojego położenia, to jednak szlaki wraz z ambicjami znakarzy i ich propozycjami, z pewnością dawno uległy już zmianie.
    Szczęśliwie dotarliśmy do celu podróży. Szybka ewakuacja załogi, dobór sprzętu i odzieży, pamiątkowe zdjęcia i mogliśmy wyruszyć w pieszą wędrówkę. Nasz kolega Marcin wybrał tym razem inną formę niż pozostali, rowerem przemierzył górski szlak, pełen wyboistych kamieni i trudnych podjazdów. Ów rower stał się przedmiotem pożądania podczas schodzenia z góry. Jednak zapobiegliwy Marcin założył kask i z impetem ruszył w dal.


    18.08.2013 - W drodze na Leskowiec w Beskidzie Małym - (fot. Marcin Ścisłowicz)

    Wędrowaliśmy polanami, lasem, zrywając pełne słodyczy jagody. Pod błękitnym niebem, wśród gór i w dobrej atmosferze, zmierzaliśmy do schroniska na Leskowcu.
    Byłam pełna podziwu dla dwojga dzieci: Ewelinki, wnuczki pięknej i młodej Basi, oraz Szymonka, syna Jurka, prawie już sześcioletniego, najmłodszego członka naszego Oddziału. Oboje wykazali się umiejętnościami "wspinaczkowymi" i dorównywali tempem starszym. Często przez szlak przebiegały jaszczurki, oznajmiając, że jesteśmy tu tylko gośćmi, my jednak szanowaliśmy środowisko braci mniejszych. Moja kuzynka, która przyjechała z Wrocławia, by móc uczestniczyć z nami w wyprawie, gdzieniegdzie znajdowała szarotki, które są również pod ochroną i zdobią niemieckie stroje ludowe.


    18.08.2013 - Odpoczynek na Polanie Łazy - (fot. Marcin Ścisłowicz)

    Panorama z Leskowca, odsłoniła nam sławetne szczyty, wśród których widoczna była piękna jak zawsze "Królowa Beskidów", z jej boków majestatyczne Pilsko i rozległe pasmo Policy, a nad Krowiarkami majaczące w oddali Tatry Zachodnie. My po chwili jednak zachęceni gwarną atmosferą przy schronisku, zasiedliśmy na drewnianych ławkach z zapasem prowiantu i schroniskowych naleśników.
    Zbyszek, który zabawnie ripostował i sypał z rękawa kawałami, zajął się ważnym problemem komunikacyjnym Skrzyszowa, czyli odległością, jak to zgrabnie ujął "już nie wsi, a jeszcze nie miasta", do Tarnowa. Marcin z Szymonkiem w tym czasie z wprawą zawodowych fotografów, zajęli się uwiecznianiem miejsca biesiady. Schronisko PTTK "Na Leskowcu" prowadzone jest przez Halinę i Jana Lizaków, a obok niego znajduje się Sanktuarium Górskie Matki Bożej Królowej Ludzi Gór na Groniu Jana Pawła II. Wielokrotnie z nieodległych Wadowic wędrował tu Karol Wojtyła.


    18.08.2013 - Przed Sanktuarium Górskim MB Królowej Ludzi Gór - (fot. Szymon Zieliński)

    W 1999 roku Papież lecąc ze Starego Sącza przelatywał nad kaplicą, którą z góry pobłogosławił. Zdjęcia i pamiątki mogliśmy podziwiać, dzięki uprzejmości pani, która opiekuje się tym miejscem i chętnie opowiada historie związane z Papieżem i swoim ojcem, również opiekunem tego miejsca. Pamiątkowe zdjęcie i mogliśmy wyruszyć w powrotną drogę. Znów naszym oczom ukazała się Babia Góra, a wraz z nią ruszyła lawina opowieści o naszych zmaganiach z tym szczytem. Gdy grupa rozchodziła się na smaczną przekąskę przygotowaną przez las, Beata korzystając z wieloletniego doświadczenia w prowadzeniu wycieczek z "niesfornymi" uczniami, również i nas bardzo sprawnie zbierała w jeden szereg. Wszyscy wróciliśmy do busa, którym bezpiecznie dotarliśmy do Tarnowa. Tak skończyła się niedzielna przygoda PTT i Przyjaciół. Z niecierpliwością oczekujemy na kolejny spacer po górach w dobrym Towarzystwie.

    Kinga Buras


    18.08.2013 - Grupa PTT i Przyjaciół na szczycie Leskowca - (fot. Marcin Ścisłowicz)

  • "Co słychać?" - Nr 7-8 (271-272) / 2013

    Wakacyjny numer informatora "Co słychać?" przynosi nam informacje o obchodach 140-lecia PTT, które odbyły się w dniach 22-23 czerwca 2013 r. w Zakopanem. Relacja Jana Nogasia z obchodów okraszona jest sześcioma zdjęciami autorstwa Jerzego Zielińskiego.
    Wśród wieści z życia ZG PTT możemy przeczytać o posiedzeniu Zarządu Głównego PTT oraz Zjeździe Delegatów PTT, podczas którego zatwierdzono sprawozdania za rok 2012. Znajdziemy tu także informację o odznaczeniu trzech naszych kolegów Odznakami Honorowymi "Za zasługi dla turystyki", wzmiankę o ukazaniu się "Bibliografii ‘Pamiętników PTT', t. 1-20" oraz relację z II Forum Współpracy na rzecz Natura 2000.
    Wśród wieści z Oddziałów należy podkreślić założenie kolejnego Szkolnego Koła PTT przez O/Chrzanów oraz nawiązanie współpracy z czeskimi turystami przez kolegów z O/Bielsko-Biała. Warto również zapoznać się z zaproszeniem na XXVIII Ogólnopolskie Spotkanie Oddziałów PTT. Jest też i smutna informacja o śmierci Jana Krajewskiego z Nowego Sącza, członka Głównego Sądu Koleżeńskiego PTT.
    Tematykę podróżniczą poruszają tym razem dwa artykuły. Nina Mikołajczyk w kolejnej odsłonie swojej podróży po Stanach Zjednoczonych przybliża nam łuki skalne z Arches National Park, a Irena i Stefan Sytniewscy zabierają nas na trekking wokół Manaslu.
    Numer uzupełniają artykuły Barbary Morawskiej-Nowak o tragicznie zmarłym Arturze Hajzerze oraz Barłomieja Grzegorza Sali o kłodzkich legendach.

    Życzymy przyjemnej lektury! (pobierz -> 1,83 MB)

  • 13-17.08.2012 - Wędrówka Granią Główną Niżnych Tatr

    Karpaty w pigułce czyli wędrując Tatrami Niżnymi…

    Nie potrafię porównać Niżnych Tatr do żadnych innych gór. Granitowy masyw i urwiska Ďumbiera nieodparcie kojarzyły się z Tatrami, tymi „właściwymi”. Rozległa Králova Hoĺa przypominała Połoniny Bieszczadów lub Świdowca, zaś Ohnište, wapienna góra o niecodziennym kształcie, przywodziła na myśl małofatrzańskie Rozsutce. A były jeszcze beskidzkie łąki na Chochulach i Kečce i gorgańska kosodrzewina Kolesarovej.
    Wędrując kilka dni po tych górach odniosłem wrażenie, że to „Karpaty w pigułce”. Wydaje się niemal że to sama natura postanowiła zebrać to co najlepsze w Karpatach i zmieścić w jednym paśmie. Tak jak różne są części Niżnych Tatr, tak różne są miejscowości wyznaczające początek i kres naszej wędrówki. Zaczęliśmy ją w narciarskim kurorcie Donovaly, kolorowym i nowoczesnym, by zakończyć w biednym i szarym Telgarcie.
    Te góry widział bodajże każdy, kto choć raz był w Tatrach. Rozciągają się na południe od Tatr, odgrodzone głębokimi kotlinami Spisza i Liptowa. Dalej, na południe od nich rozciągają się Rudawy Słowackie, stanowiące ostatnie pasmo przed Niziną Węgierską. Poznać Tatry Niżne chciałem już od kilku lat, ale zawsze schodziły na drugi plan. Może były nie po drodze, a może dlatego, że mają w nazwie przymiotnik „Niżne”, więc kojarzą się z czymś gorszym, mniej „honornym” niż Tatry.
    Przygotowania do wyjazdu nie trwały długo. Opieraliśmy się na opisie szlaków z przewodnika Tomasza Adamczaka „Tatry Niżne” i na mapach słowackiego wydawnictwa Harmanec (arkusze nr 1, 12 i 123). Wybór trasy był oczywisty – Szlak bohaterów Słowackiego Powstania Narodowego (Cesta hrdinov SNP) przebiegający z zachodu na wschód przez całe pasmo i będący częścią transeuropejskiego szlaku E8, który swój początek ma nad Atlantykiem, zaś kończy się nad cieśniną Bosfor.
    Do miejscowości Donovaly docieramy w poniedziałek, 13 sierpnia, wczesnym popołudniem. Rankiem z Zakopanego dostajemy się autobusem do Liptowskiego Mikulasza, by kolejnym, przez Rużomberok, dotrzeć już do punktu wyjściowego. Prognozy pogody nie są korzystne. Mimo wszystko ryzykujemy i postanawiamy nie zmieniać planów.
    Donovaly usytuowane są w miejscu gdzie zbiegają się trzy pasma górskie Słowacji – Wielka Fatra, Starohorskie Wierchy i Niżne Tatry. Miejsce to jest też granicą dwóch krain na Słowacji - Liptowa i Horehronia. Ten narciarski kurort, w zimie gwarny i zatłoczony, dziś sprawia wrażenie nieco senne. Tu właśnie bierze swój początek Szlak Bohaterów SNP.
    Wygodna asfaltowa droga prowadzi do przysiółka Polianka, mijając pensjonaty i stok narciarski. Na razie tylko widok na pasmo Wielkiej Chochuli wskazuje, że przemierzamy najważniejszy szlak w tym paśmie. Granica przysiółka Polianka jest też granicą Parku Narodowego Niżne Tatry (NAPANT). Wbrew obawom pogoda dopisuje. Tuż przed zmianą nawierzchni z asfaltowej na szutrową chowamy polary do plecaków i podwijamy nogawki spodni. Jeszcze łyk wody i wkraczamy do lasu. Na pierwszym odcinku Donovaly – Kečka szlak prowadzi drogą, która jest także szlakiem rowerowym, zaś w zimie trasą narciarstwa śladowego.
    Świerkowym lasem wędrujemy krótko, wkrótce docieramy do przełączki pod Kečką, skąd po krótkim podejściu osiągamy wierzchołek. Kečka zwieńczona jest rozległą trawiastą halą, na której, a jakże, pasą się owce. Tu na krótko zatrzymujemy się by po raz pierwszy nacieszyć się panoramą z wierzchołka. Widzimy w dole Donovaly, nad którymi wznosi się wielkofatrzański Zvolen ze stacją narciarską, dalej na zachodzie zaś całe pasmo Wielkiej Fatry. Na południu horyzont zamykają Weporskie Wierchy będące częścią Rudaw Słowackich. Przed nami jest natomiast obły masyw Wielkiej Chochuli, z jej pierwszą kulminacją - Prašivą. To nasz pierwszy „poważny” cel na dzisiaj i zarazem pierwszy wierzchołek Niżnych Tatr, jesteśmy bowiem jeszcze w Starohorskich Wierchach. Krótko rozmawiamy z parą sympatycznych Niemców i pora ruszać dalej. Czas nas nagli, gdyż z przyczyn logistycznych wędrówkę zaczęliśmy stosunkowo późno. Schodzimy na kolejną przełączkę - Hadlankę, gdzie mijamy odpoczywającą parę słowackich cyklistów. Przełęcz warta jest odnotowania tylko z jednego względu - na tutejszej tablicy umieszczamy naszą pierwszą oddziałową „wlepkę”.


    13.08.2012 - Na szlaku Przełęcz Hiadelska - Prasiva- (fot. Janusz Foszcz)

    Przed nami już Kozi Grzbiet - najwyższe wzniesienie Starohorskich Wierchów (1330 m. n.p.m.). To za tą górą, za Przełęczą Hiadelską swój początek mają Tatry Niżne. Wierzchołek Koziego Grzbietu jest całkowitą odwrotnością Kečki - zamiast rozległej polany jest mała łączka, z której gdzieniegdzie wystają skały. Wymieniamy pozdrowienia z trójką młodych Słowaków raczących się destylatem gruszkowym. Kolejna wlepka z tyłu tablicy informującej o nazwie szczytu i kierujemy się na Przełęcz Hiadelską. Łagodna początkowo droga przez buczynowy las dość szybko się „pionizuje”. Zapieramy się kijkami i piętami by nie stracić równowagi. Ostro wcięta między masyw Koziego Grzbietu, a Prašivej Przełęcz jest miejscem przez które przechodzi nowobudowana linia wysokiego napięcia. Odpoczywając chwilę obserwujemy słowackich energetyków, a Janusz dzieli się swoją wiedzą absolwenta technikum elektrycznego.
    Mapa, którą rozkładamy po posiłku nie pozostawia nam złudzeń. Za chwilę zaczniemy ostre podejście na Prašivą, mamy do pokonania blisko 500 metrów przewyższenia. Szlak prowadzi najpierw przez las bukowy, by po kilkunastu minutach przejść w las świerkowy. Mozolnie zdobywamy wysokość. Wkraczamy między kosówkę, zazdroszcząc tym, którzy schodzą w dół. Na grań podchodzimy od południa mając za plecami Dolinę Uhlianską. Na szczęście szlak się nieco wypłaszcza, zaś my po raz pierwszy jesteśmy na grani Tatr Niżnych. Teraz już żwawiej zmierzamy ku wierzchołkowi Prašivej, by później zejść na przełączkę i po kolejnych kilkunastu minutach znaleźć się najpierw na Małej, potem zaś na Wielkiej Chochuli.
    Na wierzchołku upamiętniamy nasz pobyt. Wlepka, flaga i sesja foto będą naszymi znakami rozpoznawczymi na kolejnych niżnotatrzańskich szczytach i przełęczach.
    Widoki z Wielkiej Chochuli wynagradzają trud podejścia. Masyw jest wypiętrzony ponad tysiąc metrów powyżej dolin, więc panorama z wierzchołka jest wspaniała. W dole widzimy Donovaly i Liptowską Lużną, nad nimi piętrzy się pasmo Wielkiej Fatry i Salatyna, dalej na północy Góry Choczańskie. Na zachodzie dominuje kulminacja Tatr Niżnych - masywy Dereszy, Chopoka i Dumbiera. Południe to nieznane nam Rudawy Słowackie. Widok z Chochuli to przestrzeń wypełniona górami.
    Przestrzeń... dla mnie te góry to przede wszystkim przestrzeń. Zupełnie inna niż tatrzańska, mam wrażenie, że bardziej przyjazna. Tu doliny nie są pozamykane kurtynami ostrych grani, raczej zbocza górskie łączą je harmonijnie, przechodząc w kolejne pasma, kolejne wierzchołki, aż po horyzont. Wydaje się, że stoimy w centrum górskiego świata, którego nie ogranicza żadna nizina, gdzie horyzont jest wyłącznie kolejnym pasmem. Choć to przecież początek naszej wędrówki na myśl przychodzą mi słowa piosenki W. Wysockiego „Pożegnanie z górami”: „...lepsze od gór mogą być tylko te góry, na których jeszcze nie byłem...”.
    Z Wielkiej Chochuli zmierzamy trawiastą granią ku Latiborskiej Holi. Maszerujemy na północny wschód przez niekończące się łąki, na których widać już pierwsze oznaki jesieni. Wiatr, który towarzyszy nam od wejścia na grań, nasila się. Wielką Holę trawersujemy południowym zboczem i przed nami pojawia się ostatni już wierzchołek, na który mamy się dziś wspiąć - wierzchołek Latiborskiej Holi. Podejście na nią z przełączki nie jest zbyt długie, ale czujemy już trudy kilkugodzinnej wędrówki. Dodatkowo cały czas wzmaga się zimny wiatr.
    Na Latiborskiej Holi obserwujemy zachodzące za horyzontem słońce. Niebo jest zupełnie czyste, tylko lekko nad horyzontem gromadzi się nieco chmur. Nic nie zapowiada załamania pogody, które ma nadejść w nocy.
    Z Latiborskiej Holi schodzimy na płytką przełęcz z której z kolei odbijamy na południowy wschód. Dzień szybko dobiega do końca, pora na biwak. Miejsce do rozbicia namiotu znajdujemy poniżej Zamostskiej Holi, przy żółtym szlaku. Na mapie w tym miejscu zaznaczona jest koliba, ale okazuje się, że zostało z niej tylko trochę kamieni. Na szczęście jest źródełko. Nasza wędrówka po Tatrach Niżnych odmierzana jest odtąd kolejnymi źródłami. Namiot rozbijamy już po zmroku. Szybka kolacja, łyk Becherovki i pora zawinąć się w śpiwór.
    Niestety w nocy przychodzi zapowiadane załamanie pogody. Wiatr szarpie namiot, jest bardzo zimno. Rano okazuje się, że sprawdziły się najgorsze prognozy - silny wiatr z deszczem, mgła i zupełny brak widoczności. Po śniadaniu zwijamy namiot i po krótkim podejściu wracamy na grań, do czerwonego szlaku. Pogoda nie pozostawia nam złudzeń - dziś dalsza wędrówka jest pozbawiona sensu. Schodząc z Durkovej podejmujemy decyzję o zejściu w dół do utulni, pierwszego schroniska na trasie naszej wyprawy.
    Trudno właściwie precyzyjnie zdefiniować utulnię pod Durkovą. Jest to coś pomiędzy schroniskiem, a typową dla kralowoholskiej części Tatr, utulnią. Chatarem, czy raczej pełniącym obowiązki chatara, okazuje się być młody chłopak. Tuż po dziesiątej rano zrzucamy plecaki w jadalni i stajemy przed perspektywą zagospodarowania dalszej części dnia. Mamy jeszcze nadzieję, że pogoda poprawi się na tyle, byśmy mogli pójść dalej popołudniu, ale z każdą godziną staje się coraz bardziej jasne, że przyjdzie nam tu spędzić noc.


    15.08.2012 - Na szlaku Chabenec - Deresze - (fot. Artur Marć)

    Póki co postanawiamy wezwać na pomoc Opatrzność. W rogu jadalni, pod portretem Jana Pawła II, x. Robert odprawia mszę. Przyłącza się do nas troje rodaków i trzech młodych Słowaków. Szczególnie żarliwie modlimy się o pogodę. Dziś jesteśmy bliżej nieba niż zwykle, więc może nasze modlitwy dotrą Tam nieco szybciej?
    Po mszy przenosimy się na górę, do sali na poddaszu, która pełni rolę sypialni. Sprawia ona wrażenie jakby tu kręcono sceny do komedii „Seksmisja”, ściany i sufit są bowiem wyłożone srebrną matą izolacyjną. Przez chwilę jeszcze żartujemy, przypominając sobie sceny z tej kultowej komedii, ale materace rozłożone na podłodze są zbyt kuszące. Wyciągamy więc śpiwory z plecaków i po chwili oddajemy się w objęcia Morfeusza.
    Budzi nas wejście grupy słowackich studentów, którzy przemierzają Tatry Niżne w towarzystwie swoich wykładowców. Dowiadujemy się od nich, że przywędrowali od Chaty gen. Štefanika. W tych warunkach pogodowych to naprawdę spore osiągnięcie, ale sukces został okupiony wychłodzeniem organizmu i całkowitym przemoknięciem. Jeden ze studentów do listy strat może też chyba dopisać obiektyw, bo pomimo intensywnych wysiłków sprzęt odmawia posłuszeństwa. Podczas naszej drzemki sala zapełniła się turystami, którzy podobnie jak my, z nadzieją co parę chwil podchodzą do okna, by sprawdzić aktualną pogodę.
    Wieczór upływa nam na wspominaniu naszych górskich wypraw i nawiązywaniu międzynarodowych znajomości. Od słowackich akademików dowiadujemy się, że prognozy przewidują na jutro poprawę pogody. Oby...
    Środowy poranek nie nastraja nas optymistycznie. Wiatr wprawdzie zelżał, ale dalej widoczność nie przekracza kilkunastu metrów. Poranna msza w zatłoczonej jadalni, potem śniadanie, rozliczenie się z chatarem za nocleg i tuż po siódmej rano wracamy na czerwony szlak. Nasz pierwszy dzisiejszy cel to Chabenec, na który wiedzie długie podejście z Przełęczy Durkovej. Według przewodnika Chabenec to „(...) jeden z niżnotatrzańskich olbrzymów. Wysokość 1955 m n.p.m. daje mu szóste miejsce w całym pasmie, tuż przed Kralovą Holą (...)”. Odwołanie się do przewodnika jest niestety koniecznością, gdyż aura dalej nam nie sprzyja. Zdjęcia nie mogą oddać niewątpliwej atrakcyjności tej góry. Jedyne co możemy zrobić to fotka pod tabliczką z rodzaju „tu byliśmy”. I jeszcze raz odwołanie do przewodnika – „Ci, którym pogoda ogranicza widoki (zwłaszcza na południe) mogą mówić o pechu”.
    Z Chabenca ostrym zejściem schodzimy do Przełęczy Chabeneckiej, by z niej wędrować dalej, w stronę Kotlisk, Polany i Dereszy. Tylko dzięki mapie możemy domyślać się co tracimy przez wszechobecną mgłę. Mimo bardzo ograniczonej widoczności wiemy, że kraina łąk zostaje za nami, wkraczamy w świat skał, urwisk i piarżysk. Podmuchy zimnego wiatru nie ustają, na szczęście szlak dość często schodzi kilka metrów na południe od grani, co daje nieco ochrony. Chwilami wręcz wiatr zupełnie ustaje, jednak później wraca regularnymi podmuchami.
    Tuż przed jedenastą jesteśmy na Dereszach. To nasz pierwszy dwutysięcznik na trasie. Jego wierzchołek jest upstrzony kamiennymi kopczykami. Spotykamy coraz więcej turystów na trasie, znak iż wkroczyliśmy w najpopularniejszą część Tatr Niżnych. Przy dobrej pogodzie moglibyśmy podziwiać Dolinę Demianowską, jedną z najpiękniejszych w kraju słynącym przecież ze wspaniałych górskich dolin. Tuż przy szlaku, który przybiera teraz formę wygodnej trasy wyłożonej szerokimi kamiennymi płytami, znajduje się górna stacja wyciągu narciarskiego, wywożąca amatorów białego szaleństwa na południowe stoki masywu. Stacja ta informuje nas, iż zbliżamy się do Chopoka, góry która dzierży palmę pierwszeństwa w popularności wśród szczytów Niżnych Tatr.
    O zbliżaniu się do wierzchołka Chopoka informują nas także odgłosy maszyn budowlanych i przebijający się wśród chmur widok dźwigu. Nie, nie jesteśmy na afrykańskiej pustyni i nie ulegamy zjawisku fatamorgany. Nasi południowi sąsiedzi z subtelnością młota pneumatycznego przystosowują zbocza Chopoka na potrzeby narciarzy. Najwyższy wierzchołek Chopoka (2024m n.p.m.) tworzy kamienna piramida, u której podnóża zrzucamy plecaki, by już „na lekko” wspiąć się na jej szczyt. Teraz oczywiście przychodzi czas na upamiętnienie bytności członków tarnowskiego Oddziału PTT, czyli zestaw „flaga, fotka, wlepka”. Na wierzchołku nie zabawiamy długo, mgła dalej pozbawia nas widoków. Miejscem odpoczynku jest schronisko Kamienna Chata, gdzie przy čapovanym przysłuchujemy się krótkiemu wykładowi o Tatrach Niżnych, prowadzonemu przez przewodnika tatrzańskiego dla uczestników kursu przewodnickiego. W tym czasie na zewnątrz Chaty zaczyna się niezwykły spektakl. W ciągu kilkudziesięciu minut wiatr przepędza znad Tatr chmury i pokazuje się piękne lazurowe niebo. Szybkość i intensywność zmiany pogody jest wręcz oszałamiająca. Czy podziałał wzniesiony kilkoma kuflami toast za poprawę pogody, czy też nasze żarliwe modlitwy dotarły „gdzie trzeba” - pozostawiam to ocenie czytających.
    Chwytam aparat i wybiegam na zewnątrz. Takiej okazji nie można przecież zmarnować. To, co jeszcze przed chwilą było tylko marzeniem teraz staje się rzeczywistością. Znany ze wspaniałych widoków Chopok odkrywa swoje prawdziwe oblicze. Na północ od nas w Dolinie Demianowskiej, kłębią się jeszcze resztki chmur, ale na południu, gdzie zbocza Chopoka schodzą łagodnie do Doliny Bystrej jest już zupełnie bezchmurnie. Bojąc się, że to wszystko za chwilę zniknie przykryte mgłą chwytamy plecaki, by jak najszybciej znaleźć się na odległym o około godzinę drogi Ďumbierze, najwyższym szczycie Niżnych Tatr.
    Na Przełęcz Demianowską wędrujemy w towarzystwie innych turystów. Stamtąd trawersem południowych stoków Krupovej Holi docieramy do węzła szlaków na Przełęczy Krupovej. Z Przełęczy można zejść na północ do Doliny Demianowskiej lub na południe do Doliny Bystrej. Ale nie dla nas doliny. Przed nami najwyższy wierzchołek Niżnych Tatr – Ďumbier (2043 m n.p.m.) wypiętrzający się blisko 500 metrową ścianą ponad dnem Doliny Demianowskiej. Tuż za przełęczą zostawiamy plecaki i podobnie jak na Chopoka, na Ďumbier wchodzimy „na lekko”. Obawy o to, że pogoda poprawiła się tylko na chwile, są całkowicie bezpodstawne. Lepszej aury nie mogliśmy sobie wymarzyć.


    15.08.2012 - Na Dumbierze - (fot. Artur Marć)

    Najwyższy szczyt Niżnych Tatr jest także wyśmienitym punktem obserwacyjnym. Widać stąd większość pasm górskich północnej i środkowej Słowacji. W tej beczce „górskiego miodu” jedyną łyżką dziegciu są chmury dość szczelnie zakrywające Tatry. Cała grań Niżnych Tatr, którą do tej pory przemierzyliśmy prezentuje się wspaniale na tle lazurowego nieba. Żal nam tylko widoków z Dereszy czy Chabenca. Nie możemy tego tak zostawić. Decyzja „my tam jeszcze wrócimy” zapada niemal natychmiast. Ale to przyszłość, teraz na wierzchołku zapominamy o trudach podejścia, zimnych nocach i chwilach zwątpienia. Urok tych gór przeszedł najśmielsze oczekiwania. Naszej radości nie mąci nawet pokaźna grupa turystów okupujących wierzchołek Ďumbiera. Są wśród nich nasi rodacy z kolejnej grupy szkoleniowej z kursu przewodników tatrzańskich.
    Pod krzyżem wieńczącym szczyt ustawiamy się do zdjęć, potem zaś pieczołowicie dokumentujemy panoramę. U naszych stóp są góry otaczające Dolinę Demianowską – Sina, Tanečnica i Krakova Hola. Nieco bardziej na północny wschód widać Rovną Holę i Ohnište, górę która ma chyba najbardziej niezwykły kształt spośród niżnotatrzańskich szczytów. Na wschodzie horyzont zamyka potężny masyw Kralovej Holi, łatwo rozpoznawalny ze względu na koszmarnie brzydką stację przekaźnikową. Po raz kolejny też przyglądamy się nieznanym nam pasmom górskim rozciągającym się na południe od Doliny Hronu – Górom Polana i Weporskim Wiechom oraz Murańskiej Planinie z sąsiadującym masywem Fabovej Holi.
    Chętnie spędzilibyśmy na Ďumbierze całe popołudnie, ale stracony przez załamanie pogody poprzedni dzień, powoduje że jesteśmy w „niedoczasie”. Powracamy na Przełęcz Krupową tą samą drogą, obarczając ponownie nasze ramiona plecakami. Wędrujemy południowymi zboczami Ďumbiera, od czasu do czasu zatrzymując się i podziwiając wspaniałą panoramę najwyższej części Niżnych Tatr, która niestety zostaje za naszymi plecami. W dole widzimy Dolinę Bystrą z dwoma górskimi hotelami – Kosodřevina i Trangoska. Wschodnie obramowanie tej Doliny stanowi masyw Wielkiego Gapela, opadający łagodnie ku Przełęczy Dumbierskiej. Tam właśnie, na Przełęczy, znajduje się drugie schronisko Niżnych Tatr, Chata gen. Stefanika.
    Dla nas to miejsce przerwy na posiłek, który spożywamy na tarasie przed schroniskiem. Polievka i čapovane 5 Euro, widok na Dolinę Mlynną, Gapela i Ďumbiera gratis. Zestaw smakuje wybornie. Ściągamy ciężkie górskie buty i dajemy nieco odpocząć naszym nogom. Ale czas właściwego odpoczynku jeszcze nie nadszedł. Po raz kolejny tego dnia zakładamy plecaki i znów kierujemy się na wschód.
    Opuszczamy na dobre skalną krainę, by ponownie wkroczyć w świat trawiastych zboczy. Przechodząc obok pomnika z CKM-em zmierzamy na grzbiet Kralicki, by później przez Lajštrocha kierować się na Przełęcz Čertovica. To jedyna część Niżnych Tatr, która jest mi nieco znana. Na północ od naszego szlaku prezentuje się Rovna Hola, zaś my podziwiamy zawziętość słowackich drwali, którzy najwyraźniej za punkt honoru postawili sobie pozbawienie tej góry wszystkich drzew. Łyse zbocza gór sprawiają smutne wrażenie. Niestety jest to widok który będzie nam towarzyszył coraz częściej.
    Przychodzi czas pożegnania... Na szczęście żegnamy się tylko z Dumbierską częścią Tatr Niżnych, bowiem przed nami Przełęcz Čertovica, nad którą dominuje góra, mająca chyba najbardziej „odjechaną” nazwę w całym paśmie – Čertova Svadba czyli... Diabelskie wesele. Stokiem narciarskim dochodzimy na Przełęcz Čertovica, dzielącą Tatry Niżne na dwie części. Przecinając asfaltową drogę wkraczamy w Tatry Kralowoholskie, według przewodnika „dziką” część Niżnych Tatr. Ale póki co postanawiamy skorzystać jeszcze z dobrodziejstw cywilizacji, które na Przełęczy mają oblicze dwóch moteli. Przede wszystkim chcemy kupić chleb, gdyż nasze zapasy pieczywa, zrobione jeszcze w Zakopanem uległy wyczerpaniu. Niestety barmanka w jednym z moteli jest nieugięta, chleba na sprzedaż nie ma. Janusz daremnie używa całego swojego uroku osobistego. Bez pieczywa, za to w humorze poprawionym napojem będącym efektem procesu fermentacji opuszczamy Čertovicę.
    Wygodną szutrową drogą, trawersując zbocza Čertovej Svadby kierujemy się w stronę utulni Ramża, miejsca wybranego na dzisiejszy nocleg. Na Przełęczy za Leniwą opuszczamy szutrówkę. Szlak przybiera formę wąskiej ścieżki biegnącej przez polanę, na której niedawno jeszcze rósł las. Niedawno, bo tutaj też dokonała się słowacka masakra piłą mechaniczną. Zachodzące słońce jeszcze przed chwilą pięknie oświetlające Dolinę Štiavnicy towarzyszy nam w marszu przez Končiste, aż do niewyraźnej Bacušskiej Przełęczy. Stąd jeszcze jedno, ostatnie już tego dnia podejście i wreszcie po blisko trzynastu godzinach trekkingu zrzucamy plecaki w pobliżu utulni Ramża.
    Przed utulnią wokół ogniska rozsiadła się grupa słowackich turystów, którzy na wszelki wypadek informują, że w środku miejsca już nie ma. Dla nas to nie problem, w końcu nie po to trzeci dzień dźwigamy namiot, by być zdanymi na wątpliwą przyjemność nocowania w niezbyt zachęcającej utulni. Namiot rozbijamy tuz przy szlaku. Jeszcze tylko najważniejsza rzecz, czyli zaczerpnięcie wody ze źródełka i posiliwszy się nieco, nie zważając nawet na kamienisty grunt, zapadamy w głęboki sen.
    Kolejny dzień wita nas piękną pogodą i... odgłosami piły mechanicznej. Po trudach poprzedniego dnia pozwalamy sobie na dłuższy sen. Również śniadanie w tych pięknych okolicznościach przyrody nieco się wydłuża. Z powrotem na szlaku meldujemy się kilka minut po dziewiątej. Jeszcze nie wiemy, że dziś czeka nas kolejna z niżnotatrzańskich atrakcji. Po wietrze, mgle, zimnie, opryskliwej barmance i warkocie pił przyszedł czas na wiatrołomy, które w sporej ilości tarasują szlak z Ramży na Homolkę. Przedzieranie się przez nie jest wyczerpujące. Małą nagrodą dla nas są przebijające się między drzewami widoki na piękną Bacušską Dolinę i Fabovą Holę, dominującą nad środkową częścią obniżenia Hronu.
    Nagle przystajemy. Przybita do drzewa tabliczka informuje że „Nepovolanym vstup zakazany”. Dochodzimy do wniosku, że jednak jesteśmy „powołani” i kontynuujemy marsz w kierunku widocznej już przełączki. Tuż przed nią wśród ściętych drzew zanika szlak. Zaczynamy schodzić w dół, ale coś tu nie pasuje. Skoro na zachodzie widzimy masyw Dumbiera, to oznacza że idąc dalej zejdziemy wprost do Doliny Hronu. Owszem, perspektywa chłodnej kąpieli w upalny dzień jest kusząca, ale ten zamiar musimy odłożyć. Wracamy kilkadziesiąt metrów w górę na przełączkę i po chwili czerwone znaki prowadzą nas w pożądanym kierunku.
    Już po chwili doceniamy zalety decyzji o rezygnacji z kąpieli w Hronie. Na Polanie Havraniej po raz pierwszy tego dnia witamy się z Tatrami. Z Polany widać wyraźnie wierzchołki Tatr Zachodnich, zaś nieco wyżej na szlaku na Homolkę pokazuje się „Pan na Liptowie”, czyli Krywań. Na chwilę musimy się pożegnać z tatrzańskimi dwutysięcznikami, gdyż szlak zaczyna trawersować zbocze Homolki od południa. Mniej więcej na wysokości wierzchołka ucinamy sobie krótką pogawędkę ze Słowakiem nadchodzącym z przeciwnego kierunku.


    15.08.2012 - Sedlo za Lenivou - (fot. Artur Marć)

    Szlak omija główny wierzchołek Homolki i prowadzi na łagodną, porośniętą trawą Przełęcz Homolka. Tu po raz pierwszy odpoczywamy, delektując się kolejny raz panoramami. Mamy przed sobą Wielki Bok, jeden z najważniejszych szczytów Kralowoholskiej części Niżnych Tatr, który odchodzi boczną granią na północ. O ile pochodzenie nazwy Čertova Svadba jest dla nas zagadką, o tyle z Przełęczy Homolka nietrudno zrozumieć skąd pochodzi nazwa Wielki Bok. Dalej na północ od tej góry, za Kotliną Spiską, wypiętrzył się łańcuch Tatr, które niestety szybko zakrywają się chmurami. W tej części grań główna Niżnych Tatr jest usytuowana równoleżnikowo i najłatwiej dostępna z miejscowości położonych w Dolinie Hronu. Z Polomki, Zavadki, Helpy i Pohoreli prowadzą na przełęcze liczne szlaki. Ale tłoku na nich nie trzeba się obawiać. Przez kilka godzin wędrówki na trasie Ramża – Przełęcz Priehyba spotykamy zaledwie kilka osób.
    Na Przełęczy Homolka odbywa się pierwsza sesja fotograficzna tego dnia. Oczywiście nie zabraknie też wlepki i kolejne piękne miejsce zostawiamy za sobą kierując się przez Zadną Holę w kierunku Kolesarovej. To dwie mało wybitne góry znajdujące się na trasie na Przełęcz Priehyba. Ale ta „mała wybitność” nie oznacza, że zdobywamy je bez wysiłku. Na Kolesarovej mocno daje się we znaki kosodrzewina, która zarasta szlaki. Jest bardzo wysoka, osiąga wysokość około 3 metrów. Skojarzenia z Gorganami przychodzą same.
    Minąwszy wierzchołek Kolešarovej przechodzimy przez szeroką łąkę strzeżoną przez myśliwską ambonę. Jabłka rozsypane w kilku miejscach łąki wskazują, iż jest to miejsce zabaw chłopców ze strzelbami. Mimowolnie przyspieszamy kroku. Na szczęście nasze obawy są płonne. Ambona jest pusta, więc nikt nie weźmie nas za zwierzynę łowną. Trudno oprzeć się wrażeniu że Słowacy mają dość swobodne podejście do spraw ochrony przyrody w parku narodowym – masowe wycinanie drzew, miejsca polowań czy ludzie zbierający jagody, są tu czymś zwyczajnym.
    Z polany „myśliwskiej” ścieżka schodzi w dół w kierunku Przełęczy Priehyba. Zrazu dość łagodnie, by pod koniec przejść w ścieżkę, po której zejście przypomina jazdę w dół rollercoasterem. Znad przełęczy pięknie prezentuje się masyw Wielkiej Wapenicy oraz coraz bliższa Kralova Hola. Radość z piękna krajobrazu zakłóca tylko świadomość, iż szlak na Wielką Wapenicę, to zejście na Priehybę a rebours.
    Przełęcz Priehyba to najniższa przełęcz w grani głównej Tatr Niznych. Nowa wiata i pobliskie źródełko zachęcają do odpoczynku. Najpierw jednak x. Robert odprawia mszę. Patrząc na to co nas za chwilę czeka, czyli podejście na Wielką Wapenicę modlimy się szczególnie żarliwie.
    Podejście na Wielką Wapenicę z Przełęczy Priehyba... Ech, kto był to wie co mam na myśli, a kto nie był... niech spróbuje. Parę suchych faktów: ponad 500 m różnicy wzniesień w godzinę i pięć minut („mapowo” 1h 45 min.), szlakiem na którym można „przewrócić się na plecy”. Do tego upał, kilka godzin marszu w nogach i solidne plecaki.
    Na szczęście przerwa na przełęczy miała na nas, a raczej na nasze mięśnie zbawienny wpływ. Ze szlaku w kosodrzewinie solidnie już spoceni wychodzimy na łąki partii szczytowej. Przy skałkach na wierzchołku góry znajduje się tabliczka informującą o osiągnięciu kulminacji. Zrzucamy plecaki i po raz kolejny tego dnia cieszymy oczy dookolną panoramą. Widzimy masyw Ďumbiera i potężny wał Wielkiego Boku na zachodzie, na północy w chmurach kryją się Tatry, zaś południowe zbocza Wapenicy opadają w niezwykle malowniczą Dolinę Hronu, zamkniętą pasmami Rudaw Słowackich. Wyraźnie widać też cel naszej wędrówki Kralovą Holę, dominującą na wschodzie.
    Z Wielkiej Wapenicy wyruszamy późnym popołudniem dalej na wschód. Najpierw czeka nas zejście na Przełęcz Priehybka, na którą dociera niebieski szlak ze wsi Helpa, a potem krótkie przejście w wysokiej kosówce na Helpiański Wierch. Stąd już widać utulnię Andrejcova, położoną na zachodnim zboczu góry o tej samej nazwie. Mamy też przed sobą Dolinę Żdiarską, którą prowadzi niebieski szlak z miejscowości Liptowska Teplička. Po kilkunastu minutach czerpiemy wodę ze źródła przy utulni i uwalniamy nasze twarze od nadmiaru soli. W ciepłym świetle zachodzącego słońca utulnia jest interesującym tematem fotograficznym. Pora sięgnąć po aparat...
    Przed wyruszeniem w dalszą drogę zaglądamy jeszcze do środka. Tu również, podobnie jak na Ramży, Słowacy, którzy zapobiegliwie przybyli wcześniej informują, że miejsca już nie ma.
    Kolejny raz tego dnia nabieramy wysokości podchodząc pod Andrejcovą, by kolejny raz wytracić ją schodząc na Przełęcz Żdiarską. Na przełęczy stoimy przed masywem Kralovej Holi, kulminacją tej części pasma. Znów mobilizujemy się do wysiłku.
    Po pół godzinie las ustępuje miejsca kosodrzewinie, zaś ta przechodzi we wrzosowiska, w podszczytowych partiach Bartkovej zmieniające się w łąkę, która nieodparcie przypomina bieszczadzką połoninę. Kilkumetrowe skałki Bartkovej informują nas, iż osiągnęliśmy pierwszy wierzchołek położony w masywie Kralowej Holi.
    Truizmem jest stwierdzenie że panorama z Bartkovej jest znakomita. Chowające się już za horyzontem słońce maluje kolorami Dolinę Hronu, stąd prezentującą się chyba najbardziej okazale. Czy można sobie zatem wyobrazić lepsze miejsce na nocleg w plenerze?


    17.08.2012 - Na Orlovej - (fot. Artur Marć)

    Nasza ostatnia noc w Niżnych Tatrach... Zaczyna się jak przysłowiowa „zielona noc”. Leżąc w śpiworach co kilka minut słyszymy przelatujące odrzutowce. Miejsce wybrane przez nas na nocleg znajduje się najwidoczniej tuż pod korytarzem powietrznym. Silniki samolotów brzmią bardzo wyraźnie, wydaje się, że przelatują tuż nad naszymi głowami. Na szczęście po kilkunastu przelotach z powrotem przyzwyczajamy się do ciszy.
    Nie możemy zmarnować okazji i wczesnym rankiem budzimy się by obserwować wschód słońca. W górach jest to zjawisko zupełnie inne niż na nizinach. Wszystkie kolory są o wiele bardziej intensywne, o wiele bardziej kontrastujące. Słońce oświetla pomarańczowym światłem chmury, stojące nieruchomo na tle jasnoniebieskiego nieba. Chmury są postrzępione nieregularnymi cętkami. Mam wrażenie, że oglądam obraz impresjonistyczny. Na północy odcina się od nieba łańcuch Tatr, przechodząc szarością w kotlinę podtatrzańską. Daleko na zachodzie z mgieł wyłania się Mała Fatra z Krywaniem i Rozsutcem. Kilka pstryków i wracam do namiotu. Brakuje statywu, ale waga i rozmiary, skutecznie wybiły mi z głowy pomysł zabrania go w góry.
    Po raz ostatni na tym wyjeździe pakujemy plecaki i składamy namiot. Tatry Niżne żegnają nas chmurami i chłodem. Ale przed pożegnaniem czeka nas jeszcze wejście na wierzchołek Kralovej Holi. Kierunek marszu przez Orlovą i Sredną Holę wyznacza powiększająca się z każdym krokiem telewizyjna stacja przekaźnikowa, w górskiej scenerii sprawiająca wrażenie obiektu z zupełnie innego świata.
    Na wierzchołek Kralovej Holi docieramy tuż po ósmej rano. Ostatni już raz wyciągamy z plecaka oddziałową flagę i ustawiamy się do zdjęć. W budynku stacji zostawiamy wlepkę. W skupieniu bierzemy udział we mszy świętej odprawionej przez x. Roberta.
    Ale po mszy nastrój się zmienia. Humory dopisują, znika gdzieś wewnętrzne napięcie. Udało się, przeszliśmy jeden z bardziej wymagających górskich szlaków na Słowacji. Schodząc w dół do Telgartu zabieramy ze sobą kolejną porcję wspomnień i pięknych górskich panoram. Wrócimy w te góry, to pewne. Pomimo, że wędrowaliśmy w nich przez pięć dni, to tak wiele jest jeszcze do przejścia i zobaczenia.
    Szlak z Kralovej Holi do Telgartu prowadzi najpierw łąkami, by po przecięciu asfaltowej szosy z Šumiaca wkroczyć do lasu. Po prawej stronie pięknie prezentuje się masyw Kralovej Skały. Strome zejście wzdłuż linii energetycznej przypomina nam, że wciąż jeszcze jesteśmy w górach. Mijamy kolejne grupy turystów zmierzających na Kralovą Holę. Jeszcze tylko chwila i znajdujemy się wśród zabudowań Telgartu. To już naprawdę koniec, uśmiechnięci fotografujemy się pod tabliczką „vstup do lesa”.
    Poszukiwania przystanku autobusowego trwają kilka minut. Dwoje starszych mieszkańców Telgartu wskazuje nam niski murek z pustaków, który pełni funkcję „zastavki”. Kontrast z Donovalami jest uderzający, zamiast kurortu szara i biedna wioska w górach. Ale to nie jest w stanie zepsuć naszych humorów. Z braku infrastruktury turystyczno-gastronomicznej rozsiadamy się na trawniku przed sklepem. Do przyjazdu autobusu została nam jeszcze godzina. Wyciągamy telefony komórkowe, informujemy, że zakończyliśmy trasę. Jest też oczywiście sms do Prezesa Oddziału. Meldujemy wykonanie zadania.

    Artur Marć

  • "Co Słychać?" - Nr 7-8 (259-260) / 2012

    Wakacyjny, podwójny numer "Co słychać?" o objętości 16 stron zdominowany jest przez artykuły związane z Rokiem Ochrony Przyrody 2012. Pierwsze strony przybliżają nam "Drużynę Pawlikowskiego", czyli pierwszy Zarząd Sekcji Ochrony Tatr TT wraz z portretami jego członków. Kolejne strony to relacje z wycieczek Oddziałów PTT w Bielsku-Białej, Krakowie, Łodzi i Poznaniu odbytych w ramach "Największego sprzątania Tatr w historii", zorganizowanego przez krakowski Klub Podróżnika "Śródziemie". W tematykę Roku wpisuje się także artykuł Janiny Mikołajczyk o Parkach Narodowych w USA.
    W gazetce znajdziemy również wspomnienie o dwóch wybitnych wspinaczach: Wojtku Kozubie w pierwszą, oraz Janie Długoszu w pięćdziesiątą rocznicę śmierci. Skoro jesteśmy już przy alpinistach, w numerze znajduje się także informacja o zdobyciu K2 przez Adama Bieleckiego w trakcie wyprawy odbytej w ramach programu sportowego "Polski Himalaizm Zimowy".
    Numer uzupełniają artykuły Bartka Sali o spiskim Sabale, omówienie nowych numerów "Tatr" i "Taternika", a także zaproszenia na organizowaną przez Tatrzański Park Narodowy wystawę poświęconą Zofii i Witoldowi Paryskim oraz na spotkanie oddziałów PTT w Wetlinie.

    Życzymy przyjemnej lektury! (pobierz -> 2,17 MB)

  • Wernisaż Wystawy Fotografii Urszuli Gawron "Dotyk"

    Wernisaż Wystawy Urszuli Gawron "Dotyk"

    W piątek 7 września 2012 roku o godz. 17:00
    w Miejskiej Bibliotece Publicznej Nowym Sączu
    odbędzie się Wernisaż Wystawy Fotografii pt. "Dotyk".
    Autorką prezentowanych prac jest nasza koleżanka z O/PTT
    w Tarnowie Urszula Gawron

    Serdecznie Zapraszamy



  • 11.08.2010 Wycieczka na Makowicę

    Naszym stałym punktem zbiorczym jest plac przed kościołem pw. Matki Bożej Fatimskiej w Tarnowie, skąd i tym razem wyruszyliśmy na górską wycieczkę.
    11 sierpnia 2010 r. o godz. 6.00 zebrała się wspaniała trzynastka razem z przewodnikiem, Beatą Wideł. O godz. 8.00 dotarliśmy do Barcic, przeszliśmy rzekę Poprad i ruszyliśmy niebieskim szlakiem, chcąc zdobyć niewielki szczyt – Makowicę (948 m n.p.m.). Trasa okazała się niesamowicie urokliwa, a szum górskich potoków towarzyszył nam prawie przez cały czas. Część naszej drogi wplatała się w Szlak Przyrodniczy im. Adama hrabiego Stadnickiego. To dzięki temu wybitnemu leśnikowi, który żył w latach 1882 – 1982 możemy dzisiaj zachwycać się przyrodą Beskidu Sądeckiego. Idąc szlakiem zobaczyliśmy żmiję zygzakowatą, co prawda już nieżywą, ale każdy uczestnik wyprawy mógł dokładnie obejrzeć, jak wygląda ten niebezpieczny gad, który w Polsce jest pod ochroną. Była okazja, aby również porozmawiać na temat udzielania pierwszej pomocy w przypadku ukąszenia przez żmiję. Spotkaliśmy także grzybiarzy zaopatrzonych w wiklinowe koszyki, z których wdzięcznie wyglądały borowiki. Widzieliśmy niebieskiego ślimaka bez muszli. Większość uczestników od razu poznała, że to pomrów błękitny. Nie obyło się bez przygody. Na jednym z większych potoków ostatnia burza zerwała most, więc musieliśmy zboczyć ze szlaku, przejść przez ten potok, a następnie wędrować dalej leśną, błotnistą drogą około 200 metrów. Patrząc na niektórych uczestników można powiedzieć, że błoto sięgało im po kolana. Po krótkim odpoczynku, umyciu butów, wymianie skarpetek na suche i zabezpieczeniu stóp folią, ruszyliśmy dalej. Wreszcie zdobyliśmy szczyt i jak każe zwyczaj umieściliśmy kamienie na nietypowej budowli. Odpoczęliśmy, posililiśmy się i po sesji zdjęciowej podążyliśmy w stronę schroniska na Cyrli, gdzie przywitał nas upał sierpniowego lata. Usiedliśmy pod dzikim chmielem, by zachwycać się ciszą i powietrzem. Byliśmy zmęczeni, ale niektórzy pytali, kiedy następna wyprawa. Po wytchnieniu, wędrowaliśmy dalej czerwonym szlakiem do ruin zamku w Rytrze. Chłodne kamienie, które są jedynymi świadkami świetności, ale i upadku zamku, przywitały i nas, turystów z Tarnowa. Widoki przepiękne, z jednej strony pasmo Jaworzyny Krynickiej, porośnięte lasami, a z drugiej rzeka Poprad, za nią widoczna Radziejowa, którą zdobyliśmy miesiąc wcześniej. Opuściliśmy ruiny zamku, przeszliśmy Poprad, by naszym busem wrócić do Tarnowa. W pamięci zabraliśmy zieleń lasów, szum potoków, radość z fajnie spędzonego dnia i myśl, że niebawem znów wyruszymy na górski szlak.

    Maria Ziajor-Sowa


    11.08.2010 - Wycieczka na Makowicę w Beskidzie Sądeckim - (fot. Beata Wideł)

Współpraca

 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
 
 
 

RABATY DLA CZŁONKÓW

Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama