Regulamin Odznaki PTT „Szlak Tarnów – Wielki Rogacz”

Filtr
  •  II Posiedzenie Zarządu Głównego X kadencji

    23 lipca 2016 r. w siedzibie ZG PTT w Krakowie odbyło się II posiedzenie Zarządu Głównego X kadencji. Prezes Wojciech Szarota przywitał przybyłych członków Zarządu i otworzył posiedzenie przedstawiając proponowany porządek obrad. Przedstawiono bieżące sprawy, które wymagają pracy poszczególnych członków, omówiono sprawy finansowe oraz wydawnicze. Powołano komisje bazując na wieloletnim doświadczeniu byłych reprezentantów, którzy weszli w skład nowego Zarządu Głównego. Do komisji GOT PTT został powołany z tarnowskiego Oddziału Janusz Foszcz. Wiele uwagi poświęcono sprawie ochronie przyrody i Parków Narodowych. Przedstawiono dalsze propozycje remontu w siedzibie Zarządu oraz ustalono szczegóły dotyczące Ogólnopolskiego konkursu wiedzy o górach. Został ustalony termin spotkania w krakowskim  Klubie pod Gruszką  na 8 października 2016 roku oraz termin  Ogólnopolskiego Spotkania Oddziałów PTT  na terenie Beskidu Sądeckiego 18-19 listopada 2016 r. W punkcie wolne wnioski podjęto wiele istotnych tematów dotyczących PTT. Posiedzenie zakończyło wykonanie pamiątkowego zdjęcia Zarządu Głównego Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego.

    Kinga Buras

    fot.Kinga Buras

  • "Co słychać?" - nr 6 (306) / 2016

    Czerwcowy numer "Co słychać?" o objętości 12 stron otwiera obszerna relacja z X Zjazdów Delegatów PTT, podczas którego wybrano nowe władze naszego Towarzystwa z prezesem Wojciechem Szarotą na czele.
    Z wieści "Z życia ZG PTT" dowiemy się o niedawno wydanym 24. tomie "Pamiętnika PTT" i XXIV Spotkaniu taterników-seniorów nad Morskim Okiem, w którym tradycyjnie wzięli udział nasi koledzy z oddziałów w Bielsku-Białej i Krakowie. Ten dział przynosi także informację o nowych władzach Polskiego Związku Alpinizmu, którego prezesem został członek honorowy PTT Piotr Pustelnik.

    Życzymy przyjemnej lektury! (pobierz -> 1,17 MB)

  • Bieszczadzki lipiec

     „Góry aż do nieba i zieleni krzyk, polna droga pośród kwiatów i złamany krzyż. Strumień skryty mroku i zdziczały sad, stara cerkiew pod modrzewiem i pęknięty dzwon. Zarośnięty cmentarz na nim dzikie bzy. Ile łez i ile krzywdy, ile ludzkiej krwi. Księżyc nad Otrytem, niebo pełne gwiazd, tańczą szare popielice, San usypia nas(…)” piosenka, która jest kultowym utworem zespołu KSU wprowadziła nas w klimat wyprawy w Bieszczady. Kolejny etap przejścia długodystansowego szlaku Grybów- Rzeszów rozpoczął się 9 lipca z Nowego Łupkowa. Miejscowość ta  powstała w 1872 roku wraz z otwarciem (dziś już nieistniejącej) linii kolejowej. Obecnie ostało się kilkanaście domów oraz sklep zwany knajpą. Wyruszyliśmy niebieskim szlakiem przez dwadzieścia kilometrów wędrując głównie lasem. Połamane drzewa wskazywały nam drogę a wąska ścieżka gdzieniegdzie zarosła utrudniając przejście. Z oddali słychać było nadciągające burze, niestety gęsty las uniemożliwiał zorientowanie się, z którego kierunku zbliżają się do nas. Nasza ponad dwudziestoosobowa grupa dotarła na szczyt zwany Wysokim Groniem. Tam właśnie Jolanta (mama) i Monika (córka), które ostatnio dołączyły do  naszego Oddziału PTT otrzymały swoje legitymacje. Najpierw jednak musiały (jak wszyscy nowo przyjmowani członkowie) wykazać się zwinnością, przechodząc przez tunel utworzony z nisko nad ziemią trzymanych kijków trekkingowych. Udokumentowaliśmy to wydarzenie grupową fotografią i wtedy nadeszła burza a wraz z nią deszcz z gradem. Kilkanaście minut później zza chmur wyłoniło się słońce, którego promienie zatrzymywały na sobie gałęzie drzew. Po kilkugodzinnej wędrówce szlak doprowadził nas do zastawionych stołów z kawą i ciastem z borówkami. Wbrew pozorom nie oczekiwały one na nas, a głównie na turystów przybywających do Balnicy kolejką wąskotorową, będącą jedną z całorocznych bieszczadzkich atrakcji.

    fot.Artur Marć

  • X SPRAWOZDAWCZO-WYBORCZY ZJAZD DELEGATÓW PTT

    Dnia 10 czerwca 2016 roku odbyło się IX Posiedzenie Zarządu Głównego Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego w siedzibie Dyrekcji Tatrzańskiego Parku Narodowego w Zakopanem. O godzinie 17.00 nastąpiło otwarcie posiedzenia przez prezesa ZG Józefa Haducha, który powitał przybyłych członków. Zostało poruszonych wiele istotnych spraw dla naszej organizacji, min.sprawy ochrony przyrody, sprawy wydawnicze, bieżące oraz podsumowano niecałe trzy lata działalności zarządu. 

    /fot.kinga buras/

  • WYSTAWA Z OKAZJI 150. ROCZNICY URODZIN KAZIMIERZA PRZERWY-TETMAJERA

    1 kwietnia 2016 roku Polskie Towarzystwo Tatrzańskie Oddział w Tarnowie wraz z Centrum Sztuki Mościce zorganizowało wystawę z okazji 150. Rocznicy urodzin Kazimierza Przerwy – Tetmajera. Gościem specjalnym był Maciej Krupa - etnolog, publicysta, przewodnik tatrzański, tłumacz. Autor i współautor kilku książek. Stale współpracuje z kwartalnikiem TPN „Tatry". Współzałożyciel „Tygodnika Podhalańskiego", były dziennikarz BBC World Service. Mieszka w Zakopanem. Podczas spotkania została zaprezentowana książka „Kroniki zakopiańskie”, która jest zbiorem opowieści o ludziach i zdarzeniach z historii Zakopanego, Tatr i Podtatrza.

    Wystawa powstała w wyniku prac Zarządu Głównego oraz Prezesa  Józefa Haducha, który osobiście przybył na otwarcie wraz z Barbarą Morawską-Nowak. Kazimierz Przerwa-Tetmajer poprzez swoją twórczość a nade wszystko prace na rzecz rozsławiania walorów górskich na stałe wpisał się w obraz Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego. Podczas wystawy została zaprezentowana poezja Kazimierza Przerwy-Tetmajera dzięki Beacie Wideł, która przygotowała młodzież ze Szkolnego Koła PTT Nr 1 w Tarnowie. Z Koła Teatralnego wystąpili: Aleksandra Pisz, Bartłomiej Cup, Aleksandra Kaleta, Agnieszka Czarnik oraz z III LO Irena Kinzerska. Kolejnym wydarzeniem artystycznym był występ Jarosława Tuckiego oraz Grzegorza Gawlika, znanych muzyków sceny tarnowskiej i ogólnopolskiej.

    Za patronat medialny dziękuję Radiu RDN, Gazecie Krakowskiej, Temi, Naszemiast.pl oraz Telewizji Tarnowskiej. Szczególne podziękowanie kieruje Bogusławowi Hynkowi z Centrum Sztuki Mościce za profesjonalną współpracę z naszym Oddziałem. Wszystkim przybyłym gościom dziękuję za obecność w tym ważnym dla nas wydarzeniu.

    Kinga Buras

     

  • 11.07.2015 "Pstrągi w Beskidzie Niskim"

    Pstrągi w Beskidzie Niskim czyli... tam, gdzie brak sygnału z satelity.

    Wakacje to czas wyjazdów i przygód, poznawania nowych osób i miejsc. W taką podróż w Beskid Niski zabrał nas Artur, zapewniając szereg przygód i wrażeń. Sobotni ranek rozpoczął się chłodnym wiatrem północy i szarym niebem zwiastującym deszcz, ale czym dalej od Tarnowa w kierunku Jasła jechaliśmy samochodem naszą piątką, tym na niebie pojawiał się błękit i słońce. Zjechaliśmy z głównej drogi i krętymi, wąskimi ulicami zmierzaliśmy do celu naszej wyprawy. GPS nie znajdując drogi, poinformował, że brak sygnału z satelity, wywołując salwy śmiechu w naszym samochodzie. Dotarliśmy do Świątkowej Wielkiej, gdzie przy stoku narciarskim zaparkowaliśmy samochód i zabraliśmy ekwipunek w góry. Początek szlaku wiódł leśną ścieżką, między kapliczkami i przydrożnymi figurkami. Artur zabrał nas w głąb lasu, w miejsce, gdzie znajduje się cmentarz łemkowski i pozostałości po cerkwi. Przedzierając się przez zarośla dotarliśmy do ścieżki wiodącej na szczyt góry. W bliskiej odległości usłyszeliśmy pomruk zwierzęcia, które za każdym razem wydawało coraz głośniejsze dźwięki, by nas odstraszyć. Przyspieszonym krokiem opuściliśmy miejsce koczowania owego niebezpieczeństwa. Na rozstaju szlaków usiedliśmy na krótki odpoczynek i przekąski. W dalszą wędrówkę musieliśmy nabrać sił, gdyż było już tylko pod górę.


    11.07.2015 - "Pstrągi w Beskidzie Niskim" - (fot. Artur Marć)

    Dotarliśmy na szczyt Magury, gdzie wykonaliśmy pamiątkowe zdjęcia i wspomnieliśmy otrzymanie przez Halinkę swojej legitymacji członkowskiej. Kolejnym szczytem, na który zabrał nas Artur była Świerzowa (805 m). Odpoczywając i konsumując drugie śniadanie, pozdrowiliśmy Janusza i przyjaciół przebywających w Irlandii, wiadomość zwrotna zawierała informacje o padającym deszczu w poziomie, pełni współczucia dla irlandzkiej aury, w promieniach słońca udaliśmy się do Świątkowej Wielkiej na degustacje pstrągów po bałkańsku. Szlak prowadził między polami i łąkami, na których wypasały się konie, krowy i owce. Na łąkach rozciągała się paleta barw złożona z kwiatów i motyli, w oddali lśnił górski potok ożywiając wszechobecną ciszę. W kameralnym miejscu, gdzie wydają jedne z najlepszych pstrągów spędziliśmy długie chwile podziwiając cierpliwość wędkarzy i kartę dań, która zawierała szeroki wybór możliwości podania pstrąga. W Irlandii nasi przyjaciele konsumowali dorsza, a my kończyliśmy naszą ucztę w Świątkowej Wielkiej. Wyruszyliśmy samochodem w drogę powrotną, jednak Artur nie pozwolił nam długo nacieszyć się odpoczynkiem, gdyż po przejechaniu krótkiego odcinka, wyciągnął nas na kolejny szczyt góry Grzywacka (567 m) na której znajduje się krzyż i taras widokowy. Widok na szczycie jest imponujący, Artur wymienił kolejno szczyty rozciągające się w około, a potem miejscowości, z których wiodą na nie szlaki. Warto było podjąć trud wyjścia na kolejną górę, by zobaczyć tę panoramę. Jeżeli na koszulkach jest napis „W górach jest wszystko co kocham”, to tymi słowami zakończę moją relację z tej wspaniałej wyprawy w Beskid Niski.

    Kinga Buras


    11.07.2015 - "Pstrągi w Beskidzie Niskim" - (fot. Artur Marć)

  • 27.07.2013 Pstrągi w Beskidzie Niskim

    27.07.2013 Pstrągi w Świątkowej (tej wielkiej)

    Zatem wielkie żarcie w terenie. Ale żeby nie było monotonnie to oczywiście w „sekcie” ustalono, że pójdziemy sobie tam przy wykorzystaniu okolicznych szlaków turystycznych. Wyjazd z Tarnowa niezbyt wcześnie (godz. 6.50) toteż mam czas przygotować rodzinne kanapki i wpaść jeszcze po drodze na małą czarną do pobliskiego orlena. Z parominutowym opóźnieniem razem z trzema innymi uczestnikami wsiadam do busa na przystanku koło mojego parafialnego kościółka, który niestety jest także i garnizonowym kościołem Policji (co na pewno nie sprzyja częstotliwości moich tam pobytów). Bez zbędnej zwłoki – po zabraniu pozostałych uczestników wycieczki – opuszczamy „Polski Biegun Ciepła” z nadzieją, że im dalej tym będzie bardziej rześko. Póki co daje się zauważyć, że PTT kwitnie i ma się dobrze. Oprócz kilku dawno nie widzianych przyjaciół parę nowych twarzy. Kurcze i piękne jest to, że w dalszym ciągu mieścimy się w tym samym niedużym busie. W Pilznie dosiada się Artur i Zdzisław a Monia zaczyna jeść. W 1,5h jesteśmy w Nowym Żmigrodzie przy drogowskazie interesującego nas szlaku. Rozpoczynamy podejście na Grzywacką Górę. Początkowo asfaltem do przysiółka Przygóry. Od początku mamy wrażenie, że biegun ciepła się przesunął. Grupa się rozciągnęła. Każdy swoim tempem wchodzi na Grzywacką Górę. Na szczycie dodatkowo platforma widokowa. Ci co weszli na górę zauważyli na pewno, że platforma „pracuje” (czyt.: się rusza). To prawdopodobna zasługa rodzącego się właśnie huraganu, któremu odległe ludy zapewne nadadzą imię „Peter”.


    27.07.2013 - Kotań (fot. Janusz Foszcz "Galon")

    Po zejściu z platformy popas. Pojawia się cenna informacje. Za 30min. będzie sklep. Kasia chciałaby wiedzieć co tam będziemy kupować. Artur wyjaśnił koleżance, że nabędziemy „serek topiony i bułeczkę”. Rzeczywiście w założonym czasie osiągamy sklep. Chyba nie ma serka. Cóż niespecjalnie tym zmartwieni zamawiamy to co zawsze. Jest OK (tzn. taki beer typu lager). Fotka obok drogowskazu. Opuszczamy asfalt i polanami, sycąc się kończącymi już miejscami widokowymi dochodzimy do początku lasu. Odpoczynek. Zbieramy siły przed decydującym w dniu dzisiejszym podejściem na grzbiet Kamienia. Akurat ta część szlaku poszła nam bardzo zgrabnie. W „zasadzie z górki” dochodzimy na Przełęcz Hałbowską. Znowu popas. Tym razem wreszcie z wycieczki ma coś „Vivus”. Porwał z plecaka koleżanki jej pozostałe racje żywnościowe. Kabanos sądząc po zaciekłości obrony i czasie konsumpcji musiał być pyszny. Z lasu wychodzimy nad mjsc. Kotań. Schodząc polanami już wszyscy jesteśmy myślami na nieodległym łowisku. Bus czeka koło cerkwi. Szybko focimy to co na około ale dowiadujemy się, że pewna Pani otworzy zaraz cerkiewkę i będziemy mogli sobie to i owo i wewnątrz obejrzeć. Oznacza to też obecność na wykładzie. „Klon” oddalił się po przewodnik a Pani rozpoczęła historię swojego życia przeplataną opowieściami o obronie miejsc kultu na tym terenie ze szczególnym uwzględnieniem naszej cerkiewki i odbywających się tam ceremonii ślubnych par z całego kraju (choć głównie ze stolycy). Rzecz zaczęła się w roku 1962 i chyba poza ten rok też niespecjalnie wyszliśmy. A należy pamiętać, że 4km dalej chłodził się w tym czasie nasz browar. Jeszcze tylko Janusz coś tam o wnętrzu cerkiewki zapodał i już wylądowaliśmy w smażalni pstrąga tuż obok stoku narciarskiego „Mareszka”. Polewali dobrze schłodzone „Tyskie”, a naszym stole jakiś czas potem pojawiły się pstrągi: po tajsku (zapiekany w folii z warzywami); po bałkańsku (podobno bez ości – zdania były co do tego podzielone); na maśle czosnkowym oraz pikantny w oliwie czosnkowej. Yhm... to byłoby tyle na temat żarełka. Powrót bez specjalnych emocji. Aaaa, sorki... Inżynier usprawnił obieg powietrza wewnątrz pojazdu.

    Janusz Foszcz (Galon)


    27.07.2013 - PTT Tarnów na Grzywackiej Górze (fot. Artur Marć)

  • 21.07.2013 Liwocz rowerem

    21.07.2013 „Jadę na rowerze” czyli wycieczka na Liwocz

    Stało się… . Niedzielny piękny poranek. Kilkanaście minut po siódmej wyprowadzam z garażu swojego dwukołowego druha. Za moment zjawiam się pod tarnowskim dworcem PKP. Kilkunastu rowerzystów w pełnym „bojowym” rynsztunku, i … ani jednej znajomej twarzy. Czyżby inauguracyjny wyjazd sekcji rowerowej tarnowskiego PTT przyciągnął aż tak wielu miłośników bicykli? Rowerowa „zakładówka”? Wejście do hallu rozwiewa wątpliwości. Wśród tarnowian nie brakuje zapalonych cyklistów. W podobny (do naszego) sposób chcą spędzić niedzielę. A rowerowa rodzinka spod znaku tatrzańskiej kozicy skupiła się przy kasowym okienku. Szybko zakupujemy bilety i przemieszczamy na peron. Tutaj czeka już dębicki duet czyli Artur i Zdzichu.  W sumie moglibyśmy stworzyć pełną drużynę piłki nożnej. Jedenastka ubrana w obcisłe (bo to warto mieć styl), na głowach kaski i przeciwsłoneczne okulary. Wreszcie pojawia się pociąg. My zamierzamy zająć ostatni wagon, gdyż jest on zwykle przeznaczony do przewozu rowerów. Pozostali tarnowscy rowerzyści chcą wykorzystać podobny przedział z przodu pociągu. Sprawnie pakujemy swoje pojazdy. Chwilkę później do naszego wagonu trafiają pozostali cykliści. PKP dba zapewne w ten sposób o integrację rowerowej braci. W mgnieniu oka w przedziale robią się małe …Chiny. Wszędzie rowery. Brakuje tylko skośnych oczu i żółtych twarzy. Będzie niezły ubaw przy wysiadaniu, tym bardziej, że my zrobimy to wcześniej. A nasze rowery znajdują się na samym końcu. Póki co ruszamy. Na stacji w Łowczówku niespodziewanie (no może nie do końca) dosiada się Przemek. Z wiadomego powodu podróżuje w następnym wagonie. W Lubaszowej desantujemy się na peron. Cała operacja przebiega bez zakłóceń chociaż zajmuje parę chwil. Na pewno więcej niż planowe 30 sekund. Mamy nadzieję, że pociąg zdoła nadrobić opóźnienie do stacji końcowej w Krynicy.


    21.07.2013 - PTT Tarnów - Czermna (fot. Asia Bajorek)

    Rozpoczynamy historyczną wycieczkę. Pedałujemy „ode wsi dode wsi”. Jodłówka Tuchowska, Olszyny, Ołpiny, Szerzyny. Błękitne niebo, pełne słońce, leciutki boczny wiatr. Warunki idealne. W Święcajnach odbijamy w stronę Czermnej. Tutaj pierwszy postój na podładowanie akumulatorów przed czekającą nas wspinaczką. Nie jest to oczywiście Mont Ventoux ale przecież te kilkaset metrów przewyższenia też potrafi dać dobrze w kość. Wspólna fotografia i zaczynamy podjazd. Pierwsza część jeszcze po asfalcie. Po kilku kilometrach zjeżdżamy na żółty szlak turystyczny.  Kolarstwo szosowe zmienia się w przełajowe. Trochę jedziemy, trochę prowadzimy. Mijamy Mały Liwocz i Kamińską. Peleton rozciągnięty tak, jak przystało na etap górski. Każdy zna swoje możliwości. Czas nie jest najważniejszy. Liczy się udział i realizacja zadania. Wszyscy uczestnicy (w dobrej formie, chociaż nieco spoceni) docierają do premii górskiej na szczycie. Flażka (oddziałowa) na maszt, Liwocz jest nas. 
    A rower jest wielce OK
    . Jest radość, czas na chwilę odpoczynku i wizytę na tarasie widokowym. Wspólne zdjęcie i wybór trasy powrotnej. Asia z Pawłem chcą pozostać przy jeździe terenowej i wybierają jazdę na Brzankę i dalej. Wracają więc po założonym śladzie. Reszta ekipy postanawia pojechać w stronę Doliny Wisłoki. Najpierw krótki zjazd szutrową drogą a potem już asfaltem do Brzyskiej. W Błażkowej żegnamy Artura i Zdzicha. Oni obierają teraz kurs na Brzostek i Pilzno. Pozostała ósemka kręci  ostro do Dębowej. Południowe słońce pali mocno i wysysa siły. Sklep w Dębowej przeżywa małe oblężenie. Banany, pomidory, batony i soki. Posileni rozpoczynamy podjazd w stronę Jodłowej. Kolejne kilometry i kolejne miejscowości. Gilowa, Kowalowa, Joniny. Wiatr wieje teraz w twarz. Po trzynastej docieramy na rynek w Ryglicach. Ostatnia przerwa na uzupełnienie kalorii i żegnamy Kasię z Przemkiem. Ten duecik udaje się do Pleśnej przez Tuchów. Sześcioosobowy peleton wspina się do Zalasowej. Ostatnia hopka za nami. Do Tarnowa coraz bliżej. Jeszcze tylko Szynwałd i Skrzyszów. Nogi zaczynają odczuwać trudy wycieczki. Mimo wszystko trzymamy fason. Nie może być inaczej wszak jedziemy już ulicami Tarnowa. Po drodze rozstajemy się z Andrzejem. Pod kościołem misjonarzy żegnamy Darka z Michałem. Wraz z Basią i Wisiorem postanawiamy zakończyć wycieczkę w „Braterskiej”. Mimo, że słynie ona z domowego rosołu, my wybieramy coś innego. Coś co świetnie uzupełni utracone kalorie po prawie stukilometrowej trasie…


    21.07.2013 - PTT Tarnów - Liwocz - (fot. Artur Marć)

    Dwukołowy druh wędruje z powrotem do garażu. Ja na lekko „nie swoich” nogach wspinam się do mieszkania. Kąpiel, spaghetti i poczucie właściwie spędzonej niedzieli. Wieczorem w Paryżu kończy się setna edycja Tour de France. Nasza oddziałowa przygoda z rowerami dopiero się rozpoczyna. Rower to jest świat!!!Panie Lechu ma Pan rację!

    Janusz Foszcz


    21.07.2013 - Liwocz (fot. Przemek Klesiewicz)

  • Koszulki rocznicowe

    Z okazji 140. rocznicy powołania Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego planujemy zakup koszulek rocznicowych ze zdjęciem pierwszych przewodników tatrzańskich i napisem "140 lat TT-PTT". Dla naszego Oddziału koszulka będzie miała tarnowski adres www. Cena jednego t-shirta będzie uzależniona od wielkości zamówienia i wyniesie 20-35 zł/szt. Zainteresowanych prosimy o dopisywanie się do listy naforum lubindywidualnie:

    Kinga Buras tel.kom.: 535 980 700 mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

    Przemek Klesiewicz tel.kom.: 501 684 550

    Przypominamy, że zapisy przyjmujemy do 25.07.2013. W tym dniu wysyłamy zbiorcze zamówienie. 

    Projekt koszulki Oddziału w Bielsku na stronie:

    http://www.bielsko.ptt.org.pl/t-shirt-na-140-lecie-polskiego-towarzystwa-tatrzanskiego/


  • 01.07.2013 „Opluty przez Boga” – spotkanie z misjonarzem księdzem Arkiem Nowakiem

    „Opluty przez Boga” – spotkanie z misjonarzem księdzem Arkiem Nowakiem

    „…dojeżdżasz do stacji X, wysiadasz, inni jadą dalej. Tak to jest w życiu. Spotykam masę ludzi, by ich pozostawić po jakimś czasie. Bezimienni przyjaciele… Nie przychodzi to łatwo. Staram się dać z siebie wszystko jedynie tam, gdzie jestem…”

    W poniedziałkowe popołudnie pociąg księdza Arka Nowaka zatrzymał się przy stacji Tarnów w Polskim Towarzystwie Tatrzańskim. Na powitanie misjonarza przybyli członkowie i sympatycy PTT. Ksiądz Arek przygotował dla nas tym razem  prelekcję o swojej kwietniowej wyprawie do Nepalu. W czasie opowieści mogliśmy podziwiać zdjęcia z podróży. Towarzyszyła im w tle romantyczna muzyka. Nepalska eskapada rozpoczęła się w stolicy tego kraju - Kathmandu, gdzie ksiądz Arek wraz z dwójką przyjaciół, czekał na wydanie pozwoleń niezbędnych do dalszej przygody, która miała się rozpocząć lądowaniem na jednym z najbardziej niebezpiecznych lotnisk świata, za jakie jest uważane lotnisko w Lukli. Położony na wysokości 2860 m n.p.m. port lotniczy, stanowi główną bazę wypadową w rejon Everestu. Z lotniska ksiądz Arek przebył drogę do Namche Bazar, miejscowości zamieszkałej przez Szerpów. Wielu turystów przybywa tutaj do hoteli i aklimatyzuje się przed dalszą wspinaczką, chętni mają również możliwość zaopatrzenia się w sprzęt i specjalistyczne ubrania. Kolejne zdjęcia z fascynującej wyprawy, przeniosły nas na górę Gokyo Ri (5383m n.p.m), z której rozciągały się bajkowe widoki. Jednak głównym celem naszego sympatycznego gościa była Mount Everest Base Camp -  baza himalaistów położona u stóp Everestu. Sama baza znajduje się na wysokości 5364 m n.p.m. i nie stanowi łatwej trasy dla nowicjuszy. Dla wielu turystów samo dojście do bazy jest wielkim wyzwaniem i osiągnięciem.  Z osławionego miejsca przenieśliśmy się w rejon góry Kala Pattar, co oznacza ‘czarną skałę’. Na szczycie powiewają tybetańskie flagi modlitewne, a widok rozciąga się na Everest, Lhotse i Nuptse. Nieunikniony koniec podróży i powrót na lotnisko, z którego tylko odważni piloci z brawurą wzbijają maszyny ku niebu, nie był końcem naszej podróży z księdzem Arkiem.


    01.07.2013 - Spotkanie z ks. Arkiem Nowakiem - (fot. Artur Marć)

    Po powrocie z Himalajów ksiądz Arek wyruszył bowiem w kolejną podróż życia. Tym razem celem stało się Santiago de Compostella. Podobno każdą pielgrzymkę rozpoczyna się u progu własnego domu (z Polski zajęło by to ok. 4 -5 miesięcy).  Ksiądz Arek część tej odległości przebył wykorzystując współczesne środki komunikacji. Drogę do Francji pokonał samolotem zaś do granicy z Hiszpanią dojechał pociągiem. Następnie ruszył pieszo do grobu św. Jakuba Apostoła zwanego też Większym lub Starszym (przedstawiany jest jako pielgrzym odziany w płaszcz i tunikę, na głowie kapelusz z muszlą, trzyma kij i tykwę na wodę), gdyż wśród najbliższych uczniów Chrystusa było dwóch apostołów noszących to samo imię. Do katedry w Santiago de Compostella nasz afrykański misjonarz postanowił dotrzeć wykorzystując dwa szlaki. Najpierw wędrował Camino del Norte, a od miejscowości Oviedo poruszał się po Camino Primitivo. Każdy dzienny etap miał średnio ok. 30 km. Drogę wskazywały żółte muszle oraz tego samego koloru strzałki. Na trasie i w przewodnikach znajdują sie informacje o ewentualnym noclegu, czy miejscach wartych zobaczenia. Aby uzyskać dokument potwierdzający odbycie pielgrzymki, wystarczy mieć paszport pielgrzyma z pieczątkami zdobywanymi w trasie. Cel dla każdego pielgrzyma jest inny, jednak jak napisał w swojej książce „Opluty przez Boga” ksiądz Arek „…biada mi gdybym nie głosił Chrystusa, bez Niego, byłbym zwykłym turystą zachwyconym przyrodą…”. Samotność misjonarza podczas pielgrzymki, jak wspominał skłaniała go wielokrotnie do wielu przemyśleń i modlitwy. Pomimo samotności z wyboru, na szlaku spotkał wielu innych wędrowców, którzy również zdążali do wspólnego celu. Czasem schodził z utartej ścieżki, na rzecz wędrowania po piasku plaży, zwiedzania rozmaitych zabytków czy miast. Na dowód przebytej pielgrzymki mogliśmy zobaczyć jego credencial czyli paszport pielgrzyma z wieloma pieczątkami. Innym dowodem była sportowa sylwetka prelegenta, który pewnego dnia pielgrzymowania przeszedł prawie 45 kilometrów, nie najłatwiejszej trasy. Bez wątpienia pielgrzymowanie wyszczupla.


    01.07.2013 - Paszport Pielgrzyma ks. Arka - (fot. Przemek Klesiewicz)

    Pamiątką, którą mam od misjonarza na co dzień mieszkającego wśród Masajów w Afryce, jest książka „Opluty przez Boga”. Kontrowersyjny tytuł dla nieznających czynów Jezusa, dla wierzących prawdziwe natchnienie. Inspiracją dla mnie stały się słowa z listu zamieszczonego w książce „Oczy Boga”. „…Sekundy szczęścia! Przydarzają się każdemu z nas. Ale jak je dostrzec, złapać, gdy opuszczamy wzrok lub odwracamy się zalęknieni?! Boimy się spojrzeć w oczy drugiego człowieka. A to może być sam Jezus, który chce spojrzeć na nas i się uśmiechnąć…” tego nam wszystkim w naszym gronie miłośników gór życzę, by móc spoglądnąć sobie zawsze w oczy i się uśmiechnąć pomimo różnic do każdego. A księdzu Arkowi, wielu innych wypraw, które z taką pasją nam opowiada, przenosząc w inny, często duchowy świat. Pamiętając o wsparciu modlitewnym pożegnaliśmy gościa, który już niebawem wraca do afrykańskiego domu.

    Kinga Buras


    01.07.2013 - ks. Arek dokonuje wpisów w nabytych przez nas książkach - (fot. Przemek Klesiewicz)

  • 22-23.06.2013 Słowackie Tatry Wysokie

    22-23.06.2013 Słowackie Tatry Wysokie

    Weekend z K2 czyli z Krywaniem i Koprowym

    Najkrótsza noc w roku nie może trwać w nieskończoność. Słońce już wzeszło więc pora wstawać. Zegarek wskazuje 4.30. Rozpoczyna się długi dzień. Już kilka miesięcy wcześniej zaplanowaliśmy wykorzystać go w jak najlepszy sposób. A takim będzie z pewnością wędrówka na jeden z tatrzańskich dwutysięczników.  Nasz wybór padł na Krywań. Szlaki w Tatrach Słowackich od tygodnia są już otwarte i przyciągają niczym magnes. Za pół godziny mam stawić się na przystanku. Zrobione wieczorem kanapki opuszczają lodówkę lądując w plecaku razem z prowiantem przeznaczonym na niedzielne śniadanie. Cicho (by nie obudzić domowników) opuszczam mieszkanie. Bus przyjeżdża minutę przed czasem. To znak, że do tej pory wszystko przebiega bez najmniejszych zakłóceń. I tak pozostaje. Obieramy kurs na Tuchów. W Burzynie do naszej tatrzańskiej grupy dołącza Berni i mkniemy w stronę Krynicy przez Grybów. Przez wiele lat ten odcinek pokonywaliśmy wyłącznie koleją.  Ostatnio to najczęściej wykorzystywana podczas oddziałowych wyjazdów trasa drogowa. Mijamy uśpioną jeszcze „Perłę Wód” . W Muszynie organizujemy krótki postój. Uzupełniamy zapasy żywnościowe przed wjazdem w strefę euro. Zakupione butelki „Piwniczanki” mają zapobiec odwodnieniu w czasie upalnego dnia. Według prognoz meteorologicznych na nizinach termometry mają wskazywać ponad trzydzieści stopni. W górach będzie chłodniej ale mogą pojawiać się przelotne opady i gwałtowne burze. Póki co jest słonecznie i już bardzo ciepło mimo, że do siódmej brakuje jeszcze kilku minut.  W Leluchowie przekraczamy granicę. Tym razem (w przeciwieństwie do kwietniowej wycieczki) skręcamy w prawo w kierunku Plavca i Starej Lubowli. Droga całkowicie pusta pozwala niezawodnemu panu Januszowi na rozpędzenie busa. Widać już lubowelski zamek. Jeszcze chwila i jesteśmy prawie u  siebie. Przecież to obszar zastawu spiskiego. Dostał go (za sporą pożyczkę) król Władysław Jagiełło a zabrali (już za darmo) po ponad trzystu latach Habsburgowie. Szkoda. W Spiskiej Białej skręcamy w stronę Tatr. Niestety są niewidoczne i spowite chmurami. Nie tracimy jednak nawet na chwilę optymizmu. I słusznie. Gdy jedziemy słynną Drogą Wolności, co pewien czas pokazuje się „to i owo”. Kilka minut po dziewiątej bus zatrzymuje się na dobre. To znak, że dojechaliśmy do Szczyrbskiego Jeziora (Plesa). Teraz przed nami piękna tatrzańska dniówka. Do szczytu Krywania mamy bowiem dziesięć kilometrów i niespełna 1300 metrów podejścia.


    22.06.2013 - PTT Tarnów na Krywaniu (fot. Artur Marć)

    Całą grupą ruszamy czerwonym szlakiem w stronę Jamskiego Stawu. Mijamy wylot Doliny Furkotnej, chwilę później przechodzimy nad Furkotnym Potokiem, który wraz z Wielkim Złomiskowym Potokiem (nad nim również przejdziemy) tworzy Biały Wag. Do naszej ścieżki dołączają niebieskie znaki szlaku prowadzącego na Krywań. Mimo, iż w pewnym momencie skręcają w prawo, my podążamy prosto, chcąc, przed czekającą nas niebawem wspinaczką odwiedzić leżący w pobliżu Jamski Staw. Rozproszona grupa powoli staje się całością. Postanawiamy, że na szczyt każdy szedł będzie swoim własnym tempem. Wracamy do rozstaju szlaków i startujemy. Leśna ścieżka systematycznie pnie się w górę. Opuszczamy piętro regla górnego i wchodzimy w strefę kosodrzewiny.  Dzięki temu pojawiają się górskie widoki. Przede wszystkim na Dolinę Ważecką. Ruch na naszym szlaku jest znikomy. Mijamy trzy lub cztery osoby. Dość szybko osiągamy Pawłowy Grzbiet. Widoki stają się coraz rozleglejsze. Teraz przed nami Wielki Żleb. Po drugiej stronie widzimy ścieżkę prowadzącą w stronę Krywania z Trzech Studniczek. Wędruje nią zdecydowanie więcej turystów. W miejscu połączenia szlaków (niebieskiego i zielonego) robimy króciutką przerwę by zebrać siły przed atakiem na Mały Krywań. Skalistym zboczem wspinamy się bez odpoczynku. Niebo jest już dość mocno zachmurzone, ale od czasu do czasu z „okienek pogodowych” przebijają się promienie słońca. Wysoki pułap chmur nie ogranicza póki co widoczności. Rozpoznajemy znajome szczyty a w dole poszukujemy przyjaciół. W nieco ponad trzy godziny od opuszczenia Szczyrbskiego Jeziora stajemy na wierzchołku Krywania. Jest moc i radość. I dużo czasu na podziwianie widoków oraz uzupełnienie kalorii. Na szczycie (jak to zwykle na Krywaniu) spory tłum turystów. W ciągu kolejnych minut dołączają do nas następni uczestnicy naszej eskapady. Zmieniają się też widoki. Chmury zasłaniają lub odsłaniają kolejne szczyty. Zaczyna kropić deszcz, ale tego typu opady nasi słowaccy bracia nazywają prechankami, więc nie ma powodów do obaw. Wkrótce deszcz ustaje. Nad Tatrami Zachodnimi gromadzą się jednak ciemnogranatowe chmury. Tarnowska grupa zdobywców stopniowo się powiększa. Przychodzą chyba jednak najważniejsze osoby, bo ich dotarciu zaczynają towarzyszyć efekty akustyczne w postaci grzmotów. Podejmujemy decyzję o zejściu. Wcześniej jednak ustawiamy się do pamiątkowej fotografii, pod umieszczonym na wierzchołku dwuramiennym słowackim krzyżem. Schodząc spotykamy kolejnych uczestników wycieczki. W większości postanawiają (podobnie jak i inni turyści) wspiąć się na szczyt, licząc, że burza ominie jednak rejon Krywania. Jeżeli tak się stanie poczekamy na nich niżej.

    Stwórca okazał swoją łaskawość. Burza ominąwszy Krywań powędrowała dalej w Tatry Wysokie. Jedynym minusem był fakt, że na kilkadziesiąt minut wierzchołek zdobytej przez nas góry spowiły gęste obłoki. Słońce ukazało się jednak, więc mogliśmy zrobić sobie długi postój przy zielonym szlaku, kilkaset metrów poniżej połączenia szlaków. W ten sposób zebraliśmy całą grupę i pomaszerowaliśmy w stronę Trzech Studniczek. Niewielki deszczyk pokropił nas przez kilka minut na ostatnim odcinku, w pobliżu parkingu. W doskonałych humorach pojechaliśmy do Starego Smokowca na zasłużony obiad i čapovane pivo. Potem udaliśmy się na nocleg do Starej Leśnej. W domu Bożenki i Janka - słowackich przyjaciół Teresy i Zbyszka znaleźliśmy komfortowe warunki do zregenerowania sił. Polsko – słowacki wieczór upływał w miłej atmosferze i z pieśnią na ustach. Duża w tym zasługa gospodarza, a z naszej strony Teresy i Rafała. Wreszcie trzeba było iść spać.


    23.06.2013 PTT Tarnów na Koprowym Wierchu - (fot. Artur Marć)

    Ranek powitał nas hucznie. Gwałtowną burzą i strumieniami lejącej się z nieba wody. Po raz kolejny dała znać o sobie Teresa. Dzięki jej zapobiegliwości i kulinarnym zdolnościom tradycja niedzielnej jajecznicy została podtrzymana. Po śniadaniu pożegnaliśmy gościnny dom i pojechaliśmy na mszę do kościoła w Nowym Smokowcu. Nasze modły musiały zostać wysłuchane, ponieważ przez kościelne okna zaczęły wpadać do świątyni promienie słońca. Pojawiła się więc szansa na zrealizowanie założonego przed wyjazdem planu. Nasz bus obrał kurs na parking przy stacji „Popradzki Staw”. Mimo iż wraz z pokonywanymi kilometrami pojawiało się coraz więcej chmur, nie traciliśmy nadziei. Jeszcze podczas jazdy ustaliliśmy, że każdy wybiera sobie najbardziej pasujący mu wariant wycieczki. Wspólnie docieramy jedynie do schroniska przy Popradzkim Stawie. Potem jedna grupa wędruje na Koprowy Wierch, druga zdobywa Osterwę. Obydwie grupy poradziły sobie ze swoimi zadaniami, obydwie wracając solidnie zmokły i obydwie spotkały się w schronisku na ciepłej herbacie lub nieco chłodniejszym piwie. Wracając na parking, niektórzy odwiedzili jeszcze symboliczny cmentarz ofiar Tatr i innych gór świata.

    W ten sposób zakończył się piękny tatrzański weekend, pierwsza w historii oddziału wycieczka, w której nie tylko chodziliśmy po słowackich górach, ale spędziliśmy tam również noc. Inicjację mamy więc za sobą, teraz należy czekać na ciąg dalszy.

    Janusz Foszcz


    23.06.2013 - Osterva (fot. Edyta Kaczor)

  • 07.07.2012 - Magura Wątkowska w Beskidzie Niskim

    Na Magurze Wątkowskiej czyli jak to z pstągami było…

    Upalna, lipcowa sobota. Jeden z tych dni, w które człowiek poci się na samą myśl o wyjściu z chłodu mieszkania w rozgrzane jak martenowski piec powietrze. Mimo wszystko decydujemy się podjąć kolejne górskie wyzwanie. Aby jednak uniknąć udaru słonecznego obieramy jedyny słuszny w takiej sytuacji kierunek - Beskid Niski. Liczymy, że gęsty bukowy las skutecznie ochroni nas przed afrykańskim skwarem.
    Nasz "oddziałowy" bus (za kierownicą którego siedzi jak zwykle pan Janusz) mknie jak to bywa w naszych wyjazdach ze wschodu na zachód miasta i pęcznieje z każdą chwilą (w zasadzie z każdym przystankiem). Tuż przed ósmą osiągamy "zachodnie tarnowskie apogeum", wykonujemy zwrot i obieramy właściwy kierunek. Gorącą atmosferę chłodzą nieco otwarte dachowe wywietrzniki. Mijamy Tuchów z wielką ilością odpustowych pielgrzymów wokół klasztornego wzgórza, a chwilę potem na drodze spotykamy grupę pieszych pątników prowadzonych przez zaprzyjaźnionego z nami księdza Marka (Droga Krzyżowa na Mogielicę i nie tylko). W Gromniku wsiada Halinka z Bogusiem i jesteśmy już w komplecie. Po chwili machamy ciężkowickiej Czarownicy i kierujemy się w stronę Gorlic. Tradycyjnie, po godzinie podróży pojawiają się u niektórych kłopoty związane z nadmiarem emocji. Czas więc na krótką przerwę na stacji benzynowej. A potem już bez zatrzymywania dojeżdżamy do Folusza.
    Mijamy ośrodek wczasowy, dom pomocy społecznej (tutaj w 1968 roku zmarł Nikifor), smażalnię pstrągów i stawy rybne (założone jeszcze w okresie międzywojennym). Wreszcie drogę przegradza nam szlaban. Dalej już się nie da.


    07.07.2012 - Wycieczka na Magurę Wątkowską - (fot. Artur Marć)

    Czas więc zmierzyć się z zaplanowana trasą. Leniwie ruszamy drogą w górę potoku Kłopotnica. Przechodzimy obok potężnych ruin jazu i dochodzimy do rozstaju szlaków. Wybieramy czarny, wiodący w stronę Barwinoka i Ferdla. W ciągu godziny doprowadzi on nas do głównego grzbietu Magury Wątkowskiej. Łagodne podejście pozwala na "bezbolesne" zdobywanie wysokości. Starodrzew buczyny karpackiej doskonale chroni nas przed palącym słońcem. Krótka przerwa wypada nam już na grzbiecie, przy połączeniu ze szlakiem zielonym. Leśną ścieżką stopniowo podchodzimy pod górę. Naszym kolejnym celem jest rezerwat krajobrazowy "Kornuty".
    Kilkadziesiąt minut później stoimy przed stosowną tablicą informacyjną. Skręcamy w prawo w wąską ścieżkę i za dwie minuty urządzamy sobie przerwę śniadaniową we wspaniałym otoczeniu dużych wychodni skalnych z piaskowca magurskiego. Nad głowami zieleń bukowych liści i gdzieniegdzie prześwitujące błękitne niebo. Jest ciepło, ale nie gorąco. Wybór trasy był przysłowiowym "strzałem w dziesiątkę". Pora ruszać dalej. Wracamy na grzbiet i za chwilę przecinamy żółty szlak sprowadzający z jednej strony do Bartnego, z drugiej zaś do Folusza. Nie czas jednak na schodzenie. Kolejne podejście wyprowadza nas na szczyt Wątkowej - kulminację pasma. Jest na tyle niepozorny, że traktujemy go z "marszu". Kilka minut później zatrzymujemy się jednak przy kolejnym skrzyżowaniu szlaków, w miejscu słynącym z ograniczonej (ale jednak) panoramy. Jest tutaj też mały pomnik upamiętniający mszę świętą odprawioną w tym miejscu w sierpniu 1953 roku przez ks. Karola Wojtyłę. Obok pomnika drewniany ołtarz polowy i kilka ławek umożliwiających statyczny odpoczynek. Trochę poniżej znajduje się też zadaszona wiata. W metalowej skrzynce umieszczono zeszyt do pamiątkowych wpisów oraz pieczątkę wraz z poduszką z tuszem. W drugim metalowym, walcowatym pojemniku znajduje się termometr. Wskazuje 28 stopni Celsjusza...


    07.07.2012 - Wycieczka na Magurę Wątkowską - (fot. Artur Marć)

    Zostawiamy ślad swojego pobytu w zeszycie, a następnie przystępujemy do obrzędu powiększenia Oddziału o nowych entuzjastów wspólnego wędrowania. Na Magurze Wątkowskiej ten zaszczyt spotyka: Halinkę, Sylwię, Jarka i Andrzeja.
    Nadchodzi czas na zejście. Szlakiem zielonym przemieszczamy się w stronę Folusza. W międzyczasie nawiązujemy telefoniczny kontakt z Panem Januszem. Nasz driver ma do wykonania bardzo ważne zadanie czyli "misję obiadową". Musi zaanonsować obsłudze smażalni nasze przybycie i chęć konsumpcji sporej ilości pstrągów. A my szybko wytracamy wysokość. I znów stajemy na rozstaju szlaków. Skoro rozpoczęliśmy wędrówkę czarnym to i nim zakończymy. Tym bardziej, że prowadzi on do Diablego Kamienia - największej wychodni w Beskidzie Niskim, która jest również naszym celem. Kilku śmiałków z powodzeniem atakuje skałę, reszta odpoczywa w cieniu. Przed nami już ostatni króciutki odcinek. Tuż przed zejściem do asfaltowej drogi przekraczamy w bród Kłopotnicę. Chłodna woda zmywa sól z naszych twarzy i działa wybitnie orzeźwiająco. Pobudza apetyt. Zgodnie z "rozkładem" docieramy do baru-smażalni "Fish Pik". Tutaj czeka już pan Janusz, smażone pstrągi i zimne piwo. Czyż to nie wspaniałe zakończenie pewnej upalnej, lipcowej soboty…

    Janusz Foszcz


    07.07.2012 - Wycieczka na Magurę Wątkowską - (fot. Artur Marć)

  • "Co Słychać?" - Nr 6 (258) / 2012

    Czerwcowy numer "Co słychać?" ponownie jest zdominowany przez tematy związane z Rokiem Ochrony Przyrody. Już na pierwszej stronie znajdziemy zaproszenie do udziału w "Największym sprzątaniu Tatr w historii", organizowanym przez krakowski Klub Podróżników "Śródziemie". W środku numeru można przeczytać także relację Barbary Morawskiej-Nowak z sesji popularno-naukowej TPN i PTT "Sekcja Ochrony Tatr TT w 100. rocznicę założenia" oraz podsumowanie akcji "Sprzątamy Beskid Mały" autorstwa Szymona Barona. W temat obchodów Roku wpisuje się także tekst Grażyny Jedlikowskiej o wycieczce do rezerwatów przyrody na Ponidziu.
    O bieżącej działalności ZG PTT warto przeczytać w artykułach Marcina Kolonki pt. "Spotkanie członków PTT na tatrzańskiej ziemi" oraz Janiny Mikołajczyk pt. "Tatry w maju".
    W gazetce znajdziemy także relację z Jubileuszowego Konkursu Wiedzy o Górach Polski w Ostrowcu Świętokrzyskim, powołania nowych Szkolnych Kół PTT w Chrzanowie oraz wyprawy trekkingowej Oddziału PTT w Bielsku-Białej na pogranicze Szwajcarii i Liechtensteinu.
    Numer uzupełniają artykuł Józefa Durdena o drogowskazach, relacja Krzysztofa Karbowskiego z działalności Oddziału PTT w Dęblinie w trakcie Miesiąca Pamięci Narodowej oraz Karoliny Smyk o odsłonięciu tablicy Wandy Rutkiewicz na symbolicznym cmentarzu ludzi gór pod Osterwą.

    W tym miejscu, w imieniu redakcji apelujemy do wszystkich czytelników o przesyłanie relacji z wakacyjnych wyjazdów, zarówno tych dalszych, jak i w najbliższą okolicę. Dzięki temu wakacyjny numer naszego miesięcznika powinien być jeszcze ciekawszy!

    Życzymy przyjemnej lektury! (pobierz -> 1,46 MB)

  • Szkolenie Znakarzy Szlaków w Jamnej


    Informacje dotyczące zgłoszeń:

    - Zgłoszenia ze względu na okres wakacyjny prosimy wysyłać najlepiej drogą mailową na adres e-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript. lub Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript. wraz ze skanem dowodu wpłaty zaliczki oraz danymi uczestnika zamieszczonymi na plakacie.
    Jeżeli ktoś nie ma możliwości skorzystania z formy elektronicznej, zgłoszenie można dokonać również pocztą tradycyjną na adres: Oddział PTT w Tarnowie, 33-100 Tarnów ul. Piłsudskiego 9 z załączoną kopią dowodu wpłaty zaliczki.

    - Koszt to ok. 95 zł, zaliczka w wysokości 60 zł płatna w dniu zgłoszenia na konto Oddziału PTT w Tarnowie

    Bank PeKaO SA Oddział w Nowym Sączu
    Nr Konta: 97 1240 4748 1111 0010 3033 4200

    - Termin zgłoszeń upływa 16 sierpnia 2011 r.

    - W przypadku rezygnacji po 16 sierpnia zaliczka nie będzie zwracana

    - Ilość miejsc jest ograniczona maksymalnie do 20 uczestników szkolenia, pierwszeństwo mają osoby należące do PTT

  • 24.07.2010 "Wschód Słońca" na Wysokim Wierchu

    Tradycyjnie w czerwcu mieliśmy obserwować w górach wschód słońca. Wybraliśmy do tego celu Wysoki Wierch - szczyt słynący ze wspaniałej panoramy i leżący w Małych Pieninach. Niestety czerwcowy wyjazd skutecznie storpedowała pogoda. Postanowiliśmy zatem zrealizować go w lipcu. I w ten sposób (mimo nie do końca sprzyjających prognoz) zgromadziliśmy się pod gwiaździstym tarnowskim niebem, w sobotnią noc kilkanaście minut po północy. Podróż busem mijała szybko, ale już gdzieś w okolicach Łososiny Dolnej trafiliśmy na pierwszą burzę. Potem napotykaliśmy kolejne. Ta część prognozy, mówiąca o gwałtownych, nocnych burzach sprawdziła się doskonale. Przed trzecią dotarliśmy do Jaworek. Towarzyszył nam delikatny deszczyk. Ale kiedy wysiedliśmy na parkingu w Homolach przestało padać, a w kilku miejscach na nieboskłonie pojawiły się nawet gwiazdy. Niestety "łysy" nie mógł się przebić przez chmury. Oświetlając sobie drogę czołówkami dotarliśmy do Schroniska pod Durbaszką. Ponieważ do wschodu dzieliła nas jeszcze godzinka z okładem postanowiliśmy zabiwakować przed schroniskiem. Z czasem zrobiło się jaśniej, a zaraz potem ciemniej i jeszcze ciemniej. To napływały nowe, burzowe chmury. W takiej romantycznej, błyskawicowo – grzmotowej scenerii spędziliśmy kolejnych kilkadziesiąt minut. Już wtedy stało się jasne, że wschód słońca będzie niemożliwy do zaobserwowania.
    Kiedy jednak deszcz ustał nieco i chmury przesunęły się w stronę Obidzy, wyruszyliśmy na Wysoki Wierch. A tutaj niespodzianka. Dokładnie na samym szczycie powitała nas kolejna burza. Znowu błyskawice, grzmoty a w tle Trzy Korony i Lubań z jednej a Wiaterny Wierch z drugiej. Litry wody leją się na nas. W butach (nawet tych zaimpregnowanych) robi się dość "wilgotno". Nie ma czasu na kontemplowanie piękna przyrody. "Błyskawicznie" zbiegamy (zgodnie z wcześniejszym planem) na Lesnickie sedlo (Przełęcz pod Tokarnią). Silny wiatr przegania chmury, burza oddala się, deszcz staje się coraz słabszy i ukazują się Tatry Bielskie i mały skrawek Tatr Wysokich. Na przełęczy, kolejna oddziałowa uroczystość (w pofałdowanym terenie), czyli oficjalne powiększenie naszej górskiej rodziny. Chwila dla fotoreporterów i głodomorów… Pogoda poprawia się, więc dalej w drogę. Przez Aksamitkę i Płaśnie docieramy do Sedla Cerla (Przełęcz pod Klasztorną Górą). Widok na Trzy Korony niezmienny. Wspaniałe miejsce na małe "co nieco". Tylko te chmary owadów. Przez chmury przebija się słoneczko. Mamy więc swój "wschód". Może nieco później bo przed ósmą, ale lepiej później niż wcale. Zmieniamy kolor szlaku na niebieski (dalej zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami) i podążamy do Leśnicy. W pełnym słońcu docieramy do Pienińskiej Chaty. Tutaj čapovane pivo i mała pigwóweczka. Nie zapominamy też o "studenckich". Wyschnięci (nie licząc obuwia) i zadowoleni rozpoczynamy ostatni etap wędrówki. Drogą Pienińską docieramy do Szczawnicy. Towarzyszy nam w dalszym ciągu słońce i błękitne niebo. Prognozy jednak czasem się sprawdzają...

    Janusz  Foszcz


    24.07.2010 - Na Przełęczy pod Tokarnią - (fot. Marek Burnóg)

  • 14.07.2010 Wycieczka na Radziejową

    Wreszcie nadeszły upragnione wakacje, a wraz z nimi, po niespokojnym okresie związanym z ulewami i powodziami, nadzieja na słoneczne i cieplejsze dni.
    14 lipca 2010 r. pojechaliśmy dwunastoosobową grupą w Beskid Sądecki, gdzie czekał na nas kolejny szczyt, zaliczany do Korony Polskich Beskidów – Radziejowa (1262 m n.p.m.).
    Wędrówkę rozpoczęliśmy w Rytrze, dużej letniskowej miejscowości położonej nad Popradem, skąd kierując się znakowanym na czerwono Głównym Szlakiem Beskidzkim, wyruszyliśmy w Pasmo Radziejowej. Im wyżej wychodziliśmy, tym piękniejsza panorama rozpościerała się przed nami. Bez trudu zlokalizowaliśmy ruiny ryterskiego zamku, które z oddali wyglądały wprost bajecznie. Mały zameczek na zielonym kopcu, a w tle ogromny i groźnie wyglądający las. Jeśli dodamy do tego, jak chce tradycja, jego dawnych średniowiecznych właścicieli – niemieckich rycerzy, to wyobraźnia podsunie nam przeróżne obrazy… Dzień był dość upalny, lecz to nie przeszkadzało nam zbytnio, gdyż szlak wiódł głównie lasem, w którym panował przyjemny chłód. Dużo emocji dostarczyła nam beznoga jaszczurka, przypominająca wyglądem węża. Większość z nas widziała tego gada jedynie na zdjęciach. W rzeczywistości jest ładniejszy, a nazwa padalec zupełnie do niego nie pasuje. Po dłuższym odpoczynku na Niemcowej, miejsca obfitującego w borówki, wyruszyliśmy dalej, aby po mniej więcej godzinie wejść na szczyt o nazwie Wielki Rogacz (1182 m n.p.m.). To tutaj kończy się niebieski szlak, który swój początek ma w Tarnowie. Zatrzymaliśmy się w tym miejscu na dłużej, aby utrwalić na zdjęciach rozciągające się przed nami Pieniny, a przede wszystkim Trzy Korony i Wysoką, które już zdobyliśmy. Na Przełęczy Żłobki czekało nas jeszcze strome podejście na najwyższy szczyt Beskidu Sądeckiego. Zdobyliśmy go z dużym wysiłkiem. Wierzchołek Radziejowej jest całkowicie zalesiony, jednak po wyjściu na wieżę widokową, można rozkoszować się wspaniałymi panoramami. Można, ale dopiero po remoncie drewnianej konstrukcji, która niedawno została poważnie uszkodzona, prawdopodobnie przez piorun. Pogratulowaliśmy sobie zatem wyjścia na Radziejową, nasz trzeci szczyt z Korony Polskich Beskidów, wykonaliśmy kilka pamiątkowych zdjęć i wróciliśmy na Przełęcz Żłobki, gdzie wybraliśmy drogę rowerową. Po blisko dwugodzinnej wędrówce, podczas której przyglądaliśmy się osuwiskom i sfotografowaliśmy drugiego padalca, dotarliśmy do Roztoki Ryterskiej. Tu znajdowała się meta naszej długiej pieszej wycieczki. Zmęczeni, ale również pełni wrażeń, jakich doświadczyliśmy, wsiedliśmy do naszego busika, który zawiózł nas do Tarnowa.

    Beata Wideł


    14.07.2010 - Wycieczka na Radziejową w Beskidzie Sądeckim - (fot. Beata Wideł)

Współpraca

 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
 
 
 

RABATY DLA CZŁONKÓW

Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama