Regulamin Odznaki PTT „Szlak Tarnów – Wielki Rogacz”

Filtr
  • Listopadowe Wyspy czyli V Górski Marsz Niepodległości w PTT Tarnów.

    Listopad... Miesiąc szczególny, zaczynający się wspomnieniem tych którzy odeszli na zawsze. Są wśród nich ci, których nie ma już z nami od dawna, a także osoby jeszcze niedawno będące z nami. Jako ludzie gór myślimy także o podzielających naszą pasję, będących już po drugiej stronie niebieskiej grani. Zestawiamy w pamięci sławne nazwiska osób tworzących historię polskiego i światowego himalaizmu  ze znanymi tylko nam koleżankami i kolegami, naszymi towarzyszami z górskich szlaków. Otaczamy ich wdzięczną pamięcią i modlitwą...

  • Maszerując przez dwie Magury, czyli powtórka (nie tylko) z rozrywki...

    Najlepszym znanym nam sposobem na uczczenie wszystkich możliwych świąt jest oczywiście uczczenie ich w górach. No, powiedzmy, że odnosi się to do tych świąt, których natura na to pozwala.  A takim świętem jest bez wątpienia przypadająca 11 listopada rocznica odzyskania niepodległości.

    Nazwa naszej corocznej cyklicznej imprezy zainspirowana została oczywiście warszawskimi uroczystościami polegającymi na przemarszu przez miasto połączonym czasem z demolką tegoż. My wędrując po górach niczego demolować nie zamierzamy, jako ludzie z natury łagodni i spokojni. Nawet okrzyków nie wznosimy, gdyż zwykle w okolicach 11 listopada maszerujemy po terenie parków narodowych lub krajobrazowych.

    Tegoroczny Górski Marsz Niepodległości, wzorem dwóch poprzednich lat miał miejsce na terenie bliskiego nam geograficznie Beskidu Niskiego. O wyborze ,,terenów marszowych" zdecydowała nie tylko jego bliskość, ale także względy, nazwijmy to, historyczne. To właśnie w Beskidzie Niskim w czasie I wojny światowej, która doprowadziła do odrodzenia Polski po 123 latach niewoli, toczyły się najcięższe walki na naszych ziemiach. Ich śladami są liczne cmentarze wojenne rozsiane po lasach i miejscowościach w Beskidzie.

    Naszą wędrówkę rozpoczęliśmy w sobotni poranek przy kościele św. Filipa i św. Jakuba w Sękowej. Uwieczniony na obrazach Wyspiańskiego i Mehoffera, wzniesiony na początku XVI wieku Kościół wpisany jest także na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Doprawdy trudno nie zachwycić się jego idealnymi proporcjami.  Nie sposób sobie wyobrazić by jakikolwiek inny budynek mógł być lepiej wpasowany w beskidzki krajobraz niż ta drewniana świątynia.

  • 19.11.2014 "Na Dachu Bałkanów" - prelekcja Artura Marcia

    Jak to z Rybim Jeziorem było czyli bułgarskie déjà vu...

    W naszych comiesięcznych prezentacjach z różnych interesujących miejsc świata nadeszła kolej na podróż w Bałkany. Pomimo chłodnego, zamglonego listopadowego wieczoru sala oddziałowa wypełniła się szczelnie słuchaczami, spragnionymi opowieści o górach Bułgarii. Bo mimo, iż kraj ten większości Polaków kojarzy się raczej z kurortami nad Morzem Czarnym niż z górami, to tytuł spotkania: „Na dachu Bałkanów” nie pozostawiał żadnych złudzeń. Skoro jest dach, to będzie nieco wyżej niż na plaży w Słonecznym Brzegu czy Złotych Piaskach. Prelekcję miało poprowadzić tym razem oddziałowe trio: Bożena, Artur i Marcin. Niestety z przyczyn zawodowych, nie mogła pojawić się Bożena i w ten sposób na placu boju pozostał w środę męski duet. Głównym prelegentem, a zarazem autorem prezentacji (i wybranych do niej zdjęć) był Artur, pełniący na co dzień w naszym oddziale jakże odpowiedzialną funkcję skarbnika. Nasz kolega, słynący z różnorakich talentów i zamiłowań, szczególną estymą darzący Beskid Niski, nie ogranicza na szczęście swoich górskich eksploracji do tego malowniczego i dzikiego zakątka Polski. Dzięki temu wśród odwiedzonych przez Artura miejsc nie brakuje gór leżących w innych częściach naszego kraju, a także poza jego granicami.
    W sierpniu bieżącego roku Artur wraz ze znajomymi postanowił odwiedzić leżące w Bułgarii góry Riła oraz Pirin. W tych pierwszych wznosi się bowiem legendarna Musała - najwyższy szczyt Bałkanów. Do miana trzytysięcznika brakuje mu zaledwie 75 metrów. W zbudowanych z marmurów i granitów górach Pirin najwyższym wzniesieniem jest z kolei Wichren, liczący sobie 2914 m n.p.m.


    19.11.2014 - "Na Dachu Bałkanów" - prelekcja Artura Marcia - (fot. Przemysław Klesiewicz)

    W rankingu bałkańskich kolosów plasuje się on na najniższym stopniu podium. Obydwa bułgarskie kolosy rozdziela jedynie Olimp, na wierzchołku którego uczynili sobie siedzibę najważniejsi greccy bogowie. Przygodę z bułgarskimi górami nasi przyjaciele rozpoczęli w miejscowości Bansko. Ten leżący w górach Piryn narciarski kurort może kojarzyć się nieco z naszym Zakopanem. Jest to też dobre miejsce do rozpoczęcia wędrówki na Wichren. Pierwszą część drogi można przebyć autobusem, bo prowadzi ona wyłącznie po asfalcie, a chodzenie po nim w upalny sierpniowy dzień nie należy do najprzyjemniejszych. Z tego powodu większość zdobywców decyduje się rozpocząć atak szczytowy z okolic schroniska noszącego (podobnie jak szczyt) nazwę Wichren. Wędrówka zajmuje około 4 godzin. Szlak jest dobrze utrzymany i bardzo widokowy. Na trasie spotkać można liczne stanowiska szarotek, będących zresztą symbolem Parku Narodowego Piryn. Imponujące wrażenie robi północna ściana Wichrenu, uważana za najtrudniejszą ścianę wspinaczkową w Bułgarii. Jak zwykle na zdobywców czeka nagroda w postaci wspaniałej panoramy. Ta z rozległego wierzchołka Wichrenu jest szczególnie imponująca. Bliższe i dalsze wierzchołki, przełęcze, położone u podnóży miejscowości, a także lśniące tafle jezior, z których niektóre nie mają żadnych nazw, a najbardziej popularną z istniejących jest po prostu Rybie Jezioro. W czasie pobytu w Bułgarii nasi globtroterzy naliczyli siedem takich przypadków! Istny raj dla przewodników górskich. Nie ma bowiem potrzeby zapamiętywania zbyt wielu szczegółów topograficznych.
    Kolejny dzień eksploracji gór Piryn upłynął ekipie na zdobyciu Kuteło (2760 m n.p.m.) oraz przejściu grani Konczeto.


    19.11.2014 - "Na Dachu Bałkanów" - prelekcja Artura Marcia - (fot. Przemysław Klesiewicz)

    Ta ostatnia, ubezpieczona stalową liną (ale nie taką znaną z alpejskich via ferrat) o długości kilkuset metrów, przyciąga pasjonatów mocnych wrażeń. Grań kończy się szczytem Banski Suchodoł (2884 m n.p.m.). W okolicy, w 1934 roku utworzono istniejący do dziś rezerwat, którego głównym zadaniem jest ochrona sosny bośniackiej i macedońskiej. Najbardziej znanym okazem tego pierwszego gatunku jest rosnąca niedaleko schroniska Banderica, tzw. Bajkuszewa mura - drzewo liczące sobie blisko 1300 lat. Pełen górskich emocji dzień zakończył się zejściem do położonej pomiędzy piaskowcowymi ostańcami o różnorakich kształtach, małej miejscowości Melnik i został zwieńczony lampką słynnego melnickiego wina.
    W ciągu trzech następnych dni uczestnicy „bałkańskiej wyprawy” przemierzali szlaki leżące w górach Riła. Pasmo to swoim kształtem przypomina Tatry Zachodnie. Jest jednak dużo wyższe, rozleglejsze, zbudowane z granitu i „wypełnione” licznymi (prawie 200) polodowcowymi jeziorami. Duży obszar i rzadka w porównaniu do tatrzańskiej sieć szlaków powodują że to góry dla prawdziwych turystów, którym nie obcy jest dwudziestokilogramowy plecak niesiony na własnych barkach. Możliwe jest oczywiście zaplanowanie wędrówki w oparciu o schroniska, ale należy się przygotować na ich znacznie niższy niż w Polsce standard. Uzupełnieniem dla schronisk są dość liczne schrony, w typie słowackich „utulni”, posiadające z reguły kilka miejsc noclegowych. W odróżnieniu od gór Piryn, Riła nie ma jednej „głównej bazy wypadowej” takiej jak Bansko. Spory obszar tych gór sprawia, że wędrówkę można zacząć w kilku różnych miejscowościach. Najczęściej odwiedzanym miejscem gór Riła jest oczywiście Musała. W przypadku naszych przyjaciół nie mogło być inaczej.


    19.11.2014 - "Na Dachu Bałkanów" - prelekcja Artura Marcia - (fot. Przemysław Klesiewicz)

    Zdobycie najwyższego wzniesienia Bałkanów zostawili sobie jednak na sam koniec, gdyż już starożytni Rzymianie (tereny te, zwane Tracją należały kiedyś do Imperium Rzymskiego) powtarzali „finis coronat opus”. Oczekując na ten wielki dzień ekipa nie próżnowała. Najpierw wzmocniła się duchowo, zwiedzając Monastyr Rilski - najcenniejszy zabytek Bułgarii. Jego korzenie sięgają X wieku. Wielokrotnie rozbudowywany i przebudowywany po zniszczeniach monastyr przez długie wieki tureckiej okupacji był centrum duchowym i piśmienniczym Bułgarii. Po części krajoznawczej przyszedł czas na powrót w wysokie góry. A w zasadzie do najpiękniejszej części Riły, która rozciąga się na zachód od Musały. Należą do niej bezsprzecznie: Dolina Siedmiu Jezior Rilskich, przełęcz Rozdela i Majlowica - szczyt, który pojawia się na wielu pocztówkach z bułgarskich gór. Kolejne pokazywane przez Artura zdjęcia potwierdzały teorię o szczególnym uroku tej części Riły. Wisienkę na „bałkańskim torcie” stanowił moment, w którym nasza oddziałowa flaga załopotała dumnie na Musale. Pomimo, że najwyższy szczyt Bałkanów „ozdobiony” jest budynkami stacji meteorologicznej oraz wątpliwej urody betonowym obeliskiem, dookólna panorama wynagradza wszystko. W dole widać liczne jeziora, zaś okoliczne szczyty odbijają się w nich wspaniałymi granitowymi ścianami. Rozległy wierzchołek pomieści bez trudu sporą ilość turystów i zachęca do długiej kontemplacji górskiego majestatu. Czas jest jednak nieubłagany. Tak jak wędrowcy muszą kiedyś zejść w dolinę i wrócić do domów, tak samo musi dobiec końca każda, najciekawsza nawet prezentacja. Wychodząc z powrotem w zimną listopadową noc nieśliśmy ze sobą pod powiekami wspaniałe bałkańskie krajobrazy, a w sercach trochę bułgarskiego ciepła, wraz z nadzieją, że może kiedyś…

    Janusz Foszcz


    19.11.2014 - "Na Dachu Bałkanów" - prelekcja Artura Marcia - (fot. Przemysław Klesiewicz)

  • 15.11.2014 Wycieczka na Bukowiec i Jamną

    Jesień na Pogórzu Rożnowskim...

    Tereny Pogórzy Ciężkowickiego i Rożnowskiego to dobry pomysł na jesienny jednodniowy wypad, kiedy dzień jest coraz krótszy i szkoda tracić czas na daleki dojazd. Na pogórzańskich szlakach bywaliśmy w tym roku często, chociażby z racji realizacji początkowych etapów jubileuszowego projektu „Tarnów-Wielki Rogacz 2014”. Nie stanowiło to jednak przeszkody do powrotu w strony co prawda znane, ale zawsze ciekawe. Zaplanowana na sobotę 15 listopada 2014 r. trasa wiodła z Bobowej przez Bukowiec i Jamną do Jastrzębiej.
    Podróż pociągiem szybko minęła i o godzinie 9 rozpoczęliśmy marsz na stacji kolejowej o dumnie brzmiącej nazwie Bobowa Miasto. Nazwa jest uzasadniona, ponieważ Bobowa ma tradycje miejskie sięgające XIV wieku, a w 2009 roku ponownie odzyskała prawa miejskie. W marcu z tego samego miejsca wyruszyliśmy zielonym szlakiem do Szalowej i dalej niebieskim do Gorlic. Tym razem skierowaliśmy się na północny-zachód i po przekroczeniu mostu na Białej, wśród pól uprawnych i łąk podążyliśmy odkrytym grzbietem, równolegle do drogi Bobowa-Falkowa.


    15.11.2014 - Wycieczka na Bukowiec i Jamną na Pogórzu Rożnowskim - (fot. Wiesław Izworski)

    Po kilkunastu minutach gęsta do tej pory mgła ustąpiła, ukazując typowo pogórzańskie krajobrazy, pięknie oświetlone promieniami słońca. W takiej scenerii szybko dotarliśmy do charakterystycznej „lipki”. Po krótkim odpoczynku i małym posiłku podążyliśmy w kierunku Bukowca, ciesząc oczy widokami Chełmu nad Grybowem, Maślanej Góry i innych charakterystycznych wzniesień. To na tej drodze spotkaliśmy, idąc wiosną z Andrzejem z Falkowej przez Jamną i Polichty do Gromnika, dobrze zorganizowaną pieszo-samochodową grupę rumuńskich Romów, oferujących okolicznym mieszkańcom komplety garnków. W Bukowcu skręt w prawo i na wysokości Diablich Skał asfalt ustąpił miejsca śródleśnej drodze, prowadzącej do Jamnej. Władysław Krygowski w swoim przewodniku po Beskidach, jeszcze w latach 70-tych napisał, że Bukowiec to miejsce szczególnie ulubione przez turystów z Tarnowa. Dzisiaj można powiedzieć, że nie tylko Bukowiec, ale Jamna i okolice są częstym miejscem wycieczek tarnowskich turystów. W Jamnej zatrzymaliśmy się w bacówce, od kilku miesięcy zarządzanej przez nowych gospodarzy. Niedaleko od schroniska funkcjonuje nowy obiekt - „Chatka Włóczykija”, ale w sobotę była akurat zamknięta. Na tarasie schroniska przywitała nas wygrzewająca się w słońcu ekipa Marcina.


    15.11.2014 - Wycieczka na Bukowiec i Jamną na Pogórzu Rożnowskim - (fot. Wiesław Izworski)

    Po przetestowaniu oferty gastronomicznej nadszedł czas pokonania ostatniego odcinka trasy. Korzystając z nadal pięknej, słonecznej pogody, mijając skałkę „Wieprzek” zeszliśmy do Jastrzębiej. Jak zazwyczaj cicho tam było i spokojnie. Drzwi garażowe remizy OSP obok „Grociarni” były otwarte, auto strażackie się wietrzyło, a kilku druhów w zaciszu altanki spędzało czas przy piwie. Tymczasem zbliżała się pora planowanego odjazdu. Im bliżej było do widniejącej na rozkładzie jazdy godziny 15:43, tym dziwniejsze wydawało się, że nikt nie widział busa jadącego w górę wsi. A przecież stamtąd powinien przyjechać, żeby zabrać pasażerów, a więc nas, do Tarnowa. Czyżby Konsorcjum, z którego usług często korzystamy, tym razem miało zawieść? Parę minut po czasie od strony Kąśnej wyłonił się bus firmy J-System z samym kierowcą na pokładzie i w szaleńczym pędzie przejechał w górę. To dawało dobre podstawy, aby sądzić, że jednak nie trzeba będzie realizować planu B. Z ponad 10-minutowym opóźnieniem bus dotarł wreszcie na przystanek w Jastrzębiej. W trakcie jazdy kierowca desperacko walczył z czasem i wydawało się chwilami, że możemy mieć duże problemy z pokonaniem niektórych zakrętów. Ruch na drodze był jednak na szczęście niewielki, bo przecież to sobotnie popołudnie i w stanie nienaruszonym wróciliśmy do Tarnowa.

    Wiesław Izworski


    15.11.2014 - Wycieczka na Bukowiec i Jamną na Pogórzu Rożnowskim - (fot. Andrzej Piątek)

  • 08-09.11.2014 III Górski Marsz Niepodległości

    Maszerując Beskidem czyli III Górski Marsz Niepodległości...

    Ten Marsz już na stałe wszedł do kalendarza naszych oddziałowych imprez. Trzecia edycja najmłodszej cyklicznej imprezy, podobnie jak rok temu miała miejsce w Beskidzie Niskim. Tym razem jednak wybraliśmy sobie te rejony „sercu bliskiego” Beskidu, gdzie oprócz zapaleńców i najbardziej zagorzałych miłośników gór nikt nie dociera.
    Miejscem startu, czy też trzymając się militarnej nomenklatury, punktem wyjściowym zgrupowania naszych sił był Wisłok Wielki. Ta rozciągnięta na przestrzeni kilku kilometrów wieś w dolinie rzeki Wisłok jest miejscem z którego pasmo graniczne można zaatakować wzdłuż zielonej lub żółtej ścieżki. My wybieramy „wariant żółty”, nieco krótszy, ale dający większe możliwości czasowe dalszego ataku w kierunku Przełęczy Radoszyckiej. Urokliwym jesiennym lasem dochodzimy do granic rezerwatu „Źródła Jasiołki”. Pomimo, że w kalendarzu od kilku dni zapanował listopad, raczej nie kojarzony ze słońcem i temperaturami powyżej 10 stopni Celsjusza, zaczyna nam się robić ciepło, a nawet zdecydowanie zbyt ciepło. Do plecaków wędrują zatem polary i softshelle. Nasze ramiona zostają wystawione na działanie późnojesiennego słońca. Chyba najstarsi członkowie PTT w Tarnowie nie przypominają sobie podobnej aury niemal u progu zimy.


    08-09.11.2014 - III Górski Marsz Niepodległości- (fot. Jerzy Zieliński)

    W czasach swojej świetności Maanam śpiewał piosenkę „Wyjątkowo zimny maj”, a tymczasem na Kanasiówce mamy ochotę zaśpiewać coś o wyjątkowo ciepłym listopadzie.
    Nazwa naszej imprezy to nie jedyny akcent militarny tego wyjazdu. Pod wierzchołkiem Kanasiówki mijamy pozostałości wojennych okopów. Dość niespodziewanie mamy też akcent wiążący się już stricte ze świętem obchodzonym 11 listopada. Otóż spotykamy miłą dziewczynę z Sulejówka, miejscowości, która nierozerwalnie związana jest z Marszałkiem Piłsudskim. Urocza blondynka, wędrując bezludnymi (jak chcą niemal wszystkie przewodniki) ostępami tej części Beskidu Niskiego musiała być mocno zdziwiona widząc nadchodzącą niemal trzydziestoosobową grupę.
    Na Kanasiówce wracamy wspomnieniami do wycieczki sprzed trzech lat, kiedy to w Beskidzie Niskim na Kozim Żebrze koło Wysowej mogliśmy podziwiać przy pięknej pogodzie Tatry. Teraz, pomimo iż aura wyjątkowo nam sprzyja o widokach nie ma mowy.
    Pewne nadzieje wiązaliśmy z niedawno odnowioną wieżą obserwacyjną z II Wojny na Wielkim Bukowcu, jednak po wspięciu się na tą dość osobliwą konstrukcję okazało się, iż również z niej można jedynie zapoznać się z drzewostanem przy szlaku.
    Pod wieżą do grona członków Oddziału dołącza Marcin, popularny „Snake”. Choć w jego przypadku należałoby mówić raczej o wpełznięciu.


    08-09.11.2014 - III Górski Marsz Niepodległości- (fot. Jerzy Zieliński)

    Niezależnie od sposobu przejścia pod szpalerem kijków trekkingowych, dwa elementy tego rytuału pozostają niezmienne: obicie grzbietu „świeżaka” kijkami i uścisk dłoni Prezesa. Inicjacja zakończona została toastem na część nowego członka Oddziału.
    Dalsza trasa wędrówki to marsz przez piękny buczynowy las, typowy dla Beskidu Niskiego. Na Średnim Garbie zapada wspólna decyzja, że cała grupa maszeruje dalej, na Przełęcz Radoszycką, by stamtąd szlakiem konnym powędrować przez łąki do Dołżycy.
    O ile pogoda była do tej pory zadowalająca, to na Przełęczy Radoszyckiej zaczyna już nas rozpieszczać. Jest lazurowe niebo i temperatura dochodząca do piętnastu stopni. W takich okolicznościach pogodowo-przyrodniczych nawet zejście asfaltem do Radoszyc jest czystą przyjemnością. Po krótkim postoju przy świętym źródełku wkraczamy na drogę, którą winien przebiegać szlak konny. Brak oznaczeń szlaku nie jest problemem, jednak dość szybko okazuje się, że jesteśmy w lesie. Całkiem dosłownie, bowiem droga urywa się na leśnej polanie z rozsypanymi jabłkami. Czyżby ktoś w ten sposób pozbywał się nadwyżek tych smacznych owoców robiąc na złość prezydentowi sąsiedniego kraju? Pobliska ambona wskazuje jasno, iż jabłka są wabikiem na zwierzynę łowną. Nie mamy ochoty sprawdzać czy nasze ciała są odporne na śrut. Zatem bierzemy nogi za pas i zaczynamy „chaszczing” w kierunku łąk nad Dołżycą. Tutaj kolejna dawka adrenaliny.


    08-09.11.2014 - III Górski Marsz Niepodległości- (fot. Rafał Maciak)

    Wśród stada pasących się krów dostrzegamy także byka. Mamy nadzieje, że nie obierze sobie za cel naszych jaskrawoczerwonych polarów...
    Na szczęście zajęty przeżuwaniem byk ignoruje naszą obecność. Kościół w Dołżycy jest metą naszego dzisiejszego etapu marszowego. Ale nie dla wszystkich sobotni marsz się kończy. Kilka osób decyduje się jeszcze na wejście na punkt widokowy nad Komańczą. Widoki na Beskid Niski i pobliskie Bieszczady wynagradzają z nawiązką dodatkowy wysiłek.
    Położone opodal klasztoru sióstr Nazaretanek Schronisko PTTK w Komańczy jest naszym sobotnim punktem docelowym. Zajęty niemal w całości przez tarnowską wycieczkę obiekt jest też miejscem w którym Iwona po raz kolejny obchodzi osiemnaste urodziny. Niektórym może wydawać się dziwne, iż sympatyczna koleżanka co roku ma osiemnastkę, ale nie od dziś wiadomo, że dla niektórych osób czas się zatrzymuje.
    Kolejny dzień wita nas mgłą spowijającą okoliczne szczyty. Czujemy rozczarowanie, gdyż prognozy pogody na niedzielę zapowiadały znacznie lepszą aurę niż w sobotę. Ale nasze obawy po raz kolejny okazują się płonne. Na rozległej łące pod wierzchołkiem Hrunia obserwujemy zjawisko z których znany jest raczej Beskid Wyspowy.


    08-09.11.2014 - III Górski Marsz Niepodległości- (fot. Jerzy Zieliński)

    Otóż mgła pozostaje w dolinach, natomiast nam ukazują się wierzchołki Bieszczadów na wschodzie i Beskidu Niskiego wokół nas. Pasiemy oczy widokiem wczoraj zdobytej Kanasiówki i pasma granicznego. Na horyzoncie majaczy Kamień nad „stasiukowymi” Jaśliskami. Z pobliskiego Wahalowskiego Wierchu widzimy Pasmo Bukowicy i kolejny szczyt o nazwie Kamień, tym razem wnoszący się nad Przybyszowem.
    Opis wędrówki po Beskidzie Niskim, może za wyjątkiem zimy, nigdy nie może być kompletny bez wspomnienia o tamtejszym błocie. A to występuje tu niezawodnie, nawet wziąwszy pod uwagę ubogą w opady tegoroczną jesień. Zatem nasze starannie wyczyszczone buty zmieniają barwę na szaro-burą.
    Cmentarz w opuszczonej wsi Przybyszów oznacza, iż zbliżamy się do dzisiejszej kulminacji. Przed nami Tokarnia, szczyt słynący z najlepszej panoramy w tej części Beskidu Niskiego. Ale by po raz kolejny podziwiać widoki musimy się jeszcze trochę zmęczyć na podejściu. Zamiast łagodnego zbocza, jak na Kanasiówce, mamy zupełnie „niebeskidzkoniskie szarpnięcie pod górę”. Pod przekaźnikiem na wierzchołku Tokarni nikt jednak nie żałuje kilku kropel potu. Przed nami fantastyczny widok na północ.


    08-09.11.2014 - III Górski Marsz Niepodległości- (fot. Jerzy Zieliński)

    Nic dziwnego, że przestaje nam się spieszyć, wszak również pobliska łąka zachęca do odpoczynku. To widokowe miejsce jest też dobrą okazją na tradycyjną „fotkę z flażką”.
    W tzw. międzyczasie odbieramy telefon od naszej ariergardy. Wydzielona grupa bojowa uznała, iż atak szczytowy to jednak zbyt wielkie na dziś wyzwanie i ruszyła na znany z wyciągu narciarskiego Karlików. Tutaj nasze koleżanki i nasi koledzy postanowili nieco zmienić charakter wyjazdu i zamiast podziwiać piękne okoliczności przyrody, zaczęli niczym współcześni następcy Oskara Kolberga badać niedzielne zwyczaje ludu polskiego. Zwyczaje zresztą bardzo wesołe.
    To wymusiło na nas zmiany w niedzielnej logistyce. Niezawodny driver Pan Janusz wykonuje „zwrot przez lewą burtę” i obiera kurs na Wolę Piotrową, wieś znaną z zamieszkującej ją społeczności zielonoświątkowców. My zaś, chcąc nie chcąc obraliśmy kurs z Tokarni na północ, zamiast na południe. Ale powodów do narzekań raczej nie było, bowiem schodząc z Tokarni piękną, nieomal bieszczadzką połoniną mieliśmy okazję znów nacieszyć oczy wspaniałymi panoramami.
    Beskid Niski pożegnał nas piękną pogodą. Żal odjeżdżać. Jednak zbliża się to co nieuchronne na każdym wyjeździe. III edycja Marszu Niepodległości zostaje zakończona…

    Artur Marć


    08-09.11.2014 - III Górski Marsz Niepodległości- (fot. Jerzy Zieliński)

  • Nowa Odznaka Turystyczna "Tarnów-Wielki Rogacz"

    Odznaka Turystyczna za przejście szlaku "Tarnów-Wielki Rogacz".

    Miło nam poinformować, że 5 listopada 2014 roku została ustanowiona jednostopniowa Odznaka Krajoznawczo-Turystyczna Oddziału Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego w Tarnowie „Szlak Tarnów-Wielki Rogacz”. Nowa odznaka jest jedną z form uczczenia 90. rocznicy powstania w naszym mieście Oddziału PTT. Przyznawana będzie wszystkim którzy pokonają i udokumentują w sposób ustalony regulaminem, przejście niebieskiego szlaku długodystansowego łączącego Tarnów z leżącym w Beskidzie Sądeckim szczytem Wielkiego Rogacza. Kilka fragmentów tego przepięknego szlaku wyznakowali w okresie międzywojennym nasi przodkowie - członkowie tarnowskiego Oddziału PTT. Całkowita długość trasy przechodzącej kolejno przez Pogórze Ciężkowickie, Pogórze Rożnowskie, Beskid Wyspowy, Gorce, Pieniny i Beskid Sądecki, liczy 191 kilometrów. Serdecznie zapraszamy wszystkich do zdobywania odznaki „Szlak Tarnów-Wielki Rogacz” oraz poznawania wybitnych walorów przyrodniczo-krajoznawczych terenów przez które ta trasa prowadzi.

    Pełną treść regulaminu zdobywania odznaki zamieścimy niebawem.

    Janusz Foszcz

  • 02.11.2014 Spotkanie przy grobie patrona Oddziału

    Zaduszkowe spotkanie przy grobie ks. Bogusława Królikowskiego COr.

    Podobnie, jak w ubiegłych latach członkowie, przyjaciele i sympatycy naszego Oddziału spotkali się w „zaduszkowy” wieczór przy grobowcu xx. Filipinów na tarnowskim Starym Cmentarzu. Wśród spoczywających w tym grobie duchownych jest bowiem ksiądz Bogusław Królikowski, będący patronem tarnowskiego Oddziału Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego. Spotkanie rozpoczęliśmy od zapalenia przyniesionych ze sobą zniczy. Następnie ksiądz Robert Piechnik poprowadził wspólną modlitwę w intencji patrona oraz zmarłych, spoczywających na najstarszej tarnowskiej nekropolii, zwłaszcza tych, którym góry były szczególnie bliskie w ziemskim życiu. Kolejny raz dopisała nam pogoda. Bezwietrzny i ciepły wieczór, stare zabytkowe nagrobki, tysiące płomieni oraz zasypane różnokolorowymi liśćmi alejki tworzyły magiczną atmosferę, sprzyjały refleksjom i zapraszały do pozostania na cmentarzu. W związku z tym nasz pobyt na Starym Cmentarzu tradycyjnie już zakończył spacer po cmentarnych dróżkach.

    Janusz Foszcz


    02.11.2014 - Spotkanie przy grobie patrona Oddziału - (fot. Przemysław Klesiewicz)

  • 25.10.2014 IV Noc Filmów Górskich w Tuchowie

    IV Tuchowska Noc Filmów Górskich.

    To była bardzo pracowita sobota. I z wszech miar udana. Najpierw górska aktywność w terenie (możecie o niej przeczytać w znajdującej się poniżej relacji Artura) czyli przejście grzbietu Małych Pienin ze Szczawnicy do Białej Wody. Potem szybki powrót do Tarnowa, wymuszony dwoma wieczornymi wydarzeniami kulturalnymi w których część z nas chciała uczestniczyć. Pierwszym był charytatywny koncert grupy Perfect w mościckiej Hali Jaskółka. Drugim zaś - Noc Filmów Górskich odbywająca się (już po raz czwarty) w Tuchowie. Z wiadomych względów tym właśnie wydarzeniem chciałbym się zająć. Imprezę skierowaną przede wszystkim do miłośników mniejszych i większych wzniesień, a także pasjonatów podróży, organizuje od początku Terenowe Koło PTTK Nr 76 w Tuchowie. W związku z naszą wcześniejszą „pienińską działalnością” i potrzebą dokonania niezbędnych powycieczkowych ablucji, zmuszeni byliśmy zrezygnować z pierwszej części „tuchowskiej nocy”. Stanowiła ją prelekcja Mateusza Matuszczaka poświęcona taniemu podróżowaniu po świecie.
    W sali kina „Promień”, znajdującej się w tuchowskim Domu Kultury zjawiliśmy się mocną tarnowską oddziałową grupą kilka minut przed dwudziestą. Prawie w tym samym momencie dotarli również z Zakliczyna Boguś z Halinką oraz Bernadeta, która zrobiła sobie spacer z Burzyna (jakby nie dość było jej Małych Pienin). W Tuchowie obecni byli już Basia i Zbyszek czyli przedstawiciele oddziałowej sekcji „Włóczykijów” zaprzyjaźnieni od lat z organizatorami. Potem (po koncercie Perfectu) dotarła do nas jeszcze Asia.


    25.10.2014 - IV Tuchowska Noc Filmów Górskich - (fot. Piotr Biś)

    Pierwsza prezentacja, którą mogliśmy obejrzeć nosiła tytuł „Od Kazbeku po Batumi czyli szalone wędrówki po Gruzji”. Jej autorka - Ola Dzik, alpinistka i skialpinistka, przewodniczka górska, posiadaczka prestiżowego tytułu „Śnieżnej Pantery” (zdobycie wszystkich pięciu siedmiotysięczników byłego ZSRR), znana jest dobrze polskim pasjonatom gór. Przed kilkoma laty mieliśmy zresztą okazję gościć ją w naszym Oddziale. Wtedy opowiadała nam o wyprawie na Chan Tengri - szczyt leżący w górach Tien-szan. Tym razem Ola podzieliła się z uczestnikami wspomnieniami z dwóch komercyjnych tegorocznych wyjazdów do Gruzji organizowanych przez współzałożoną przez nią firmę „BluEmu”. Ich głównym celem było zdobycie Kazbeku - góry będącej jednym z gruzińskich symboli i wznoszącej się na wysokość 5047 m n.p.m. W trakcie wyprawy jej uczestnicy mogli również poznać krajoznawczo-przyrodnicze walory kraju, uważanego przez wielu za jeden z najwspanialszych zakątków świata. Wzbogacona wieloma zdjęciami i kilkoma krótkimi filmami prezentacja przybliżyła nam historię, kulturę i codzienność Gruzji. Nikt nie mógł narzekać na nudę. A to była przecież dopiero przystawka, przed głównym daniem wieczoru. Miało nim być (i takim okazało się w rzeczywistości) spotkanie z Januszem Gołąbem - wybitnym alpinistą i himalaistą, pierwszym zimowym (wraz z Adamem Bieleckim) zdobywcą leżącego w Karakorum ośmiotysięcznika Gaszerbrum I (8068 m n.p.m.), autorem wielu najznakomitszych wspinaczek o charakterze alpejskim w historii polskiego alpinizmu.
    Głównym tematem prelekcji Janusza, zatytułowanej „K2 - 60 lat później” była relacja z tegorocznej, zakończonej sukcesem wyprawy na drugi pod względem wysokości szczyt Ziemi. Himalaista okazał się skromnym, a zarazem wyjątkowo sympatycznym człowiekiem.


    25.10.2014 - IV Tuchowska Noc Filmów Górskich - (fot. Piotr Biś)

    Jeżeli dodamy do tego wyjątkową zdolność zainteresowania słuchaczy oraz szczególny temat, nikogo nie dziwi, że ponad dwugodzinne spotkanie przebiegło w mgnieniu oka. Opowieść Janusza nie dotyczyła jedynie wyprawy na K2, wypełniały ją również informacje z historii himalaizmu, innych wypraw, a także „branżowe” anegdoty. Sama wyprawa odbywała się od czerwca do sierpnia 2014 roku. Wzięło w niej udział pięciu himalaistów: Marcin Kaczkan (kierownik), Janusz Gołąb, Artur Małek, Paweł Michalski i Piotr Snopczyński (mieliśmy okazję poznać go osobiście w ubiegłym roku w bazie pod Manaslu). Równolegle z ekspedycją na K2 prowadzona była wyprawa na Broad Peak Middle (8016 m n.p.m.). Obie zorganizowane były jako tzw. wyprawy unifikacyjne w ramach Polskiego Himalaizmu Zimowego im. Artura Hajzera. Pierwszy etap wyjazdu stanowił lot z Warszawy do stolicy Pakistanu - Islamabadu. Następnie himalaistów czekała ponad 30 godzinna jazda autobusem do Skardu. Odbywała się ona sławną Karakorum Highway. Jeden z jej odcinków jest szczególnie niebezpieczny, prowadzi bowiem przez okolicę znaną z waśni między szyitami i sunnitami. Odwiedzają ją także chętnie handlarze narkotyków, przemytnicy i afgańscy talibowie. Ponieważ można tutaj wyjątkowo łatwo nabyć każdy rodzaj broni, członkowie wyprawy wpadli na doskonały pomysł, aby tę część „autostrady” przebyć nad samym ranem, licząc, że każdego „kiedyś musi zmorzyć sen”. Następną sporą dawkę adrenaliny otrzymali uczestnicy w kolejnej fazie podróży. W jej trakcie, w ciągu kilku godzin dotarli jeepami ze Skardu do miejscowości Askole. Jazda wąskimi szutrowymi drogami, nad kilkudziesięciometrowymi urwiskami z jednej i skalnymi ścianami z drugiej strony, przekraczanie lodowcowych potoków (oczywiście bez mostów), to tylko niektóre z atrakcji tego etapu wyprawy. Z Askole do bazy wyruszyła już klasyczna piesza karawana znana z setek wypraw w najwyższe góry świata. W ciągu pięciu dni himalaiści przebyli w ten sposób 100 kilometrów i stanęli wreszcie w położonej na lodowcu Godwin Austin (na wysokości 5300 m n.p.m.) bazie.


    25.10.2014 - IV Tuchowska Noc Filmów Górskich - (fot. Piotr Biś)

    W czasie następnych tygodni trwała „walka z górą” czyli zakładanie kolejnych obozów, poręczowanie i stopniowa aklimatyzacja. Wejście na wierzchołek K2 odbywało się drogą pierwszych zdobywców, tzw. Żebrem Abruzzi. Głównym powodem takiego wyboru była chęć zapoznania się z trudnościami i szczegółami technicznymi trasy przed planowaną pod koniec roku ekspedycją, mającą na celu pierwsze zimowe wejście na K2 - jeden (z dwóch) niezdobytych o tej porze roku ośmiotysięczników świata.
    31 lipca 2104 roku (dokładnie w sześćdziesiątą rocznicę pierwszego wejścia) o 9:30 na szczycie K2 stanął Janusz Gołąb. Sześć godzin później podobnego wyczynu dokonał Marcin Kaczkan. Załamanie pogody, które wkrótce potem pojawiło się w tym rejonie, spowodowało, że bezpieczne zejście do bazy stało się przysłowiową „walką o życie”. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze i po dwóch miesiącach od wyjazdu z kraju, himalaiści powrócili do własnych domów. Opowieść Janusza Gołąba powoli dobiegała końca. Mimo, iż w międzyczasie minęła północ i zaczęła się niedziela, prelegent cierpliwie odpowiadał na kolejne, zadawane przez uczestników pytania. Na zakończenie mieliśmy jeszcze możliwość indywidualnej rozmowy z głównym bohaterem. Wykorzystując nadarzającą się okazję zrobiliśmy sobie również pamiątkową fotografię wraz ze zdobywcą K2. Takie okoliczności nie zdarzają się bowiem codziennie. Będąc pod wrażeniem kilku spędzonych w prawdziwie górskiej atmosferze godzin postanowiliśmy jednogłośnie pojawić się w Tuchowie za rok. A kolegom z działającego w tym mieście Terenowego Koła PTTK Nr 76 serdecznie gratulujemy wspaniałego pomysłu.

    Janusz Foszcz


    25.10.2014 - IV Tuchowska Noc Filmów Górskich - (fot. Piotr Biś)

  • 25.10.2014 "Tarnów-Wielki Rogacz 2014" - Etap VII

    Widmo na Wysokiej czyli VII Etap...

    Blisko, coraz bliżej. Tytuł popularnego kiedyś serialu przychodzi na myśl po kolejnym etapie naszej sztandarowej (a właściwie odznakowej) imprezy obchodzonej w roku 90-lecia Oddziału PTT w Tarnowie. Wielki Rogacz, cel naszej niebiesko znakowanej peregrynacji, był już blisko po zakończeniu poprzedniego etapu w tzw. Pieninach Właściwych, które winny raczej nosić miano Pienin Najbardziej Znanych. Stojąc na Trzech Koronach dwa tygodnie wcześniej każdy chyba już myślał o tym, jak niewiele drogi pozostało nam do przebycia by zrealizować projekt zapoczątkowany w styczniu pod tarnowską kapliczką św. Walentego...
    Ale po kolei. Zatrzymując się na stacji paliw w Łącku by przy pomocy kofeiny pobudzić organizm z zachwytem obserwowaliśmy idealny lazur nieba nad Beskidem Sądeckim. Pojawiające się tu i ówdzie chmury tylko dodawały górom uroku. Zapowiadał się więc pyszny górski dzień.
    Szczawnica powitała nas opustoszałym parkingiem nad Dunajcem i chmurami gęsto zakrywającymi Małe Pieniny. To oczywiście nas nie zniechęciło. Wprost przeciwnie, z większą ochotą ruszyliśmy w drogę, by jak najszybciej nabrać wysokości i spojrzeć na chmury z góry.


    25.10.2014 - "Tarnów-Wielki Rogacz 2014" - Etap VII- (fot. Przemysław Klesiewicz)

    Krótko maszerujemy Drogą Pienińską wzdłuż Dunajca. Przy jak zwykle zamkniętym schronisku Orlica odbijamy w lewo. Tu skończyły się żarty, a zaczęły schody, jakby to ujął najsłynniejszy ułan II Rzeczypospolitej. W przeciwieństwie jednak do Wieniawy-Długoszowskiego żaden z nas nie dosiada szlachetnego rumaka, ani nawet nie ma mocnej „inflanckiej kobyły” Longinusa Podbipięty, zatem ze zdumiewająco śliskim błotem na podejściu na Szafranówkę mierzymy się wyłącznie siłą własnych nóg. Co jakiś czas wykonujemy ślizg w dół zbocza. Jednak ruchami posuwisto-zwrotnymi jednostajnie przyspieszonymi mozolnie zdobywamy wysokość. Wilgoć z otaczającej nas mgły błyskawicznie osadza się na nas i naszych ubraniach. Przegląd ubrań przy skrzyżowaniu z żółtym szlakiem z Leśnicy wskazuje, że nie każdy z potyczki z błotem wyszedł zwycięsko. Trudno. Jak wiadomo turyści górscy dzielą się na turystów czystych i turystów szczęśliwych.
    Póki co nasze nadzieje na „wyjście ponad mgłę” okazują się złudne. W marszu zboczami Rabsztyna, ku Wysokiemu Wierchowi co kilka chwil pojawia się „okno” na Pasmo Radziejowej. Szkoda trochę aury, wszak jesteśmy na jednym z najbardziej widokowych szlaków w polskich górach.


    25.10.2014 - "Tarnów-Wielki Rogacz 2014" - Etap VII- (fot. Przemysław Klesiewicz)

    Po przerwie na Wysokim Wierchu kontynuujemy naszą znajomość z pienińskim błotem. Tyle tylko, że zamiast błotnej ścieżki mamy już prawdziwą błotną autostradę. Nasi słowaccy sąsiedzi słynący z osobliwego stosunku do poszanowania przyrody środkiem szlaku wiodącego na tym odcinku granicą państwa prowadzą zrywkę drewna. Efektem tego jest właśnie owa błotna autostrada, której ślad wyznaczony został przez ciągniki z drewnem. Czy naprawdę nie ma już innych miejsc gdzie można by prowadzić tzw. gospodarkę leśną? Choć patrząc na efekty działań Słowaków trudno to raczej nazwać gospodarką, raczej na myśl przychodzi słowo rabunek...
    Tuż przed dwunastą meldujemy się na Wysokiej. Zanim jednak to nastąpiło doświadczyliśmy opadów wody, która pod wpływem rosnącej w ciągu dnia temperatury zmieniła stan skupienia ze stałego (czyli szronu i lodu na gałęziach) na stan zdecydowanie płynny.
    Najwyższy wierzchołek Pienin, czyli Wysoka jest też najwyższym punktem na naszej dzisiejszej trasie. Nadzieje na widoki z wierzchołka pienińskiej kulminacji spełniają się połowicznie. Wzmagający się wiatr od czasu do czasu przepędza chmury znad szczytów Tatr.


    25.10.2014 - "Tarnów-Wielki Rogacz 2014" - Etap VII- (fot. Artur Marć)

    Widać też w dole Słowackie Podtatrze. Ale najlepsze na Wysokiej ma dopiero nadejść. Nie mam tu na myśli oczywiście konsumpcji kanapek z tzw. popychaczem, niezbędnym by produkty piekarsko-wędliniarskie nie pomyślały, że trafiły do układu pokarmowego najlepszego przyjaciela człowieka.
    Oglądając rozgrywający się wokół nas spektakl pod nazwą słońce i chmury, którego reżyserem był wiatr, dostrzegamy swego rodzaju bonus, którym Natura najwyraźniej chciała wynagrodzić nam rozczarowanie pienińską mgłą. To Widmo Brockenu, zjawisko rzadkiej urody polegające na rzuceniu cienia postaci człowieka przez słońce, na chmury znajdujące się poniżej. Do tego wokół postaci tak „uchwyconej” osoby widać tęczową poświatę.
    Głośno wyrażamy swą radość. Dla niektórych spośród przebywających na Wysokiej turystów nawet zdecydowanie za głośno. Cóż, góry są dla wszystkich, dla tych, którzy w spokoju je kontemplują oraz dla tych, którzy nieco inaczej, na bardziej „południową” modłę wyrażają swój zachwyt. Nie ma powodu by okazywać swoją wyższość z tego tylko względu, iż ma się inny sposób na przeżycie radości gór.
    By nie naruszać górskiego miru i tym samym nie wywoływać dyskomfortu u prawdziwych turystów skracamy czas pobytu na Wysokiej.


    25.10.2014 - "Tarnów-Wielki Rogacz 2014" - Etap VII- (fot. Artur Marć)

    Nasza znajomość z pienińskim błotem trwa w najlepsze. Ślizgając sie na podejściach przydaje się balans ciałem wypracowany na stokach narciarskich ewentualnie w przedpokoju mieszkania, gdy po zbyt późnym powrocie z gór tzw. lepsza połowa wyraża niezadowolenie ciskaniem różnych przedmiotów, nie przyjmując do wiadomości, że z gór nie można wrócić za późno, a jedynie za wcześnie. A całkiem serio pada propozycja by następnym razem zabrać raczki. Warte rozważenia.
    Do tej pory z takim, wlewającym się do butów przez cholewki błotem, mieliśmy do czynienia tylko w słynącym z tego zjawiska Beskidzie Niskim. Starając się nie pozostawić w błocie Meindli, Merreli i innych produktów firm obuwniczych docieramy do Przełęczy Rozdziela. To koniec. Oczywiście nie nasz, tylko szlaku w Pieninach. Przed nami już tylko Beskid Sądecki, ostatnie pasmo na trasie z Tarnowa na Wielki Rogacz. Jest już naprawdę blisko. Ale przyjemność trzeba umieć sobie dawkować. Zatem przez rezerwat „Biała Woda” zbiegamy w dół do Jaworek. Jeszcze dzisiaj nie skończymy naszej Wielkiej Tegorocznej Górskiej Przyjemności. Odłożymy to na kilka tygodni...

    Artur Marć


    25.10.2014 - "Tarnów-Wielki Rogacz 2014" - Etap VII- (fot. Artur Marć)

  • "Co słychać?" - Nr 10 (286) / 2014

    Październik był miesiącem obchodów 100-lecia walk Legionów Polskich w Karpatach Wschodnich. Temat ten zdominował ośmiostronicowy numer "Co słychać?", który ukazał się w tym miesiącu.
    Barbara Morawska-Nowak w obszernej relacji przybliża organizowane przez Towarzystwo Karpackie obchody tego jubileuszu, które odbyły się w Rafajłowej. Jan Skłodowski przybliża natomiast działalność Legionów Polskich w rumuńskim Berbeşti.
    Wśród wieści z życia Zarządu Głównego przybliżamy tekstem Kingi Buras posiedzenie ZG PTT na Gubałówce, natomiast wśród wieści z Oddziałów warto odnotować relację Szymona Barona z oddziałowej wyprawy w góry Hiszpanii i Andory. W tej sekcji znajdziemy także informacje o wyróżnieniach dla członków Oddziałów z Bielska-Białej i Nowego Sączu autorstwa Katarzyny Talik i Macieja Zaremby oraz notkę Barbary Morawskiej-Nowak o umieszczeniu tablicy na rodzinnym domu Mischków w Zakopanem.
    Numer uzupełnia tekst poświęcony niedawno zmarłemu kol. Czesławowi Klimczykowi, prezesowi Koła PTT w Oświęcimiu.

    Życzymy przyjemnej lektury! (pobierz -> 0,70 MB)

  • Wyróżnienia dla członków naszego Oddziału

    Wyróżnienia dla Beaty Wideł, Janusza Foszcza i Jerzego Zielińskiego.

    Podczas zakończonego w niedzielę w Zakopanem IX Zjazdu Delegatów Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego w uroczysty sposób wręczono odznaczenia państwowe oraz odznaki PTT zasłużonym członkom Towarzystwa.
    Miło nam poinformować, że wśród odznaczonych Honorową Odznaką - "Za zasługi dla turystyki" znaleźli się reprezentanci naszego oddziału: Beata Wideł i Janusz Foszcz. Przyznaną przez Ministra Sportu i Turystyki odznakę otrzymali z rąk Andrzeja Harężlaka - wicewojewody małopolskiego. Ponadto wymieniona wyżej dwójka wraz z Jerzym Zielińskim została wyróżniona Złotą Odznaką z Kosówką Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego za szczególne zasługi dla PTT oraz wkład pracy w formowanie odrodzonego Towarzystwa. Odznaki przyznał Zarząd Główny PTT, a wręczył prezes ZG Szymon Baron.
    Beacie, Januszowi i Jurkowi serdecznie gratulujemy.

    Andrzej Piątek


    16.11.2013 - Beata i Janusz otrzymują Odznakę "Za zasługi dla turystyki"- (fot. Paweł Gąsiorek)

  • Odznaka okolicznościowa "140 lat Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego"

    Przy okazji IX Zjazdu Delegatów PTT oraz przydającej na rok 2013, 140. rocznicy utworzenia Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego, z inicjatywy Oddziału PTT "MKG Carpatia" w Mielcu ukazała się odznaka okolicznościowa wg projektu Jerzego P. Krakowskiego. Centralnym motywem odznaki jest pierwsza, historyczna odznaka Towarzystwa Tatrzańskiego oraz daty związane z naszą historią: 03.08.1873, kiedy to zrodziła się inicjatywa założenia Towarzystwa Tatrzańskiego oraz 19.03.1874, gdy Galicyjskie Towarzystwo Tatrzańskie zostało oficjalnie zarejestrowane przez C.K. Namiestnictwo.
    Ponieważ przygotowany nakład szybko się wyczerpał, informujemy, że przygotowujemy dodatkową edycję tej odznaki, a osoby zainteresowane jej nabyciem proszone są o kontakt z prezesem Oddziału PTT w Mielcu, kol. Jerzym Piotrem Krakowskim (e-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript., tel.: 505-729-181) w terminie do 30 listopada 2013 r.Koszt odznaki wynosi 15 zł.

    Z tatrzańskim pozdrowieniem,
    Zarząd Główny PTT

  • Wybraliśmy nowe Władze PTT

    W dniach 16-17 listopada 2013 r. w Pawilonie Dydaktyczno-Muzealnym TPN przy ul. Chałubińskiego 42a w Zakopanem odbył się IX Zjazd Delegatów Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego.
    Nasz oddział PTT w Tarnowie reprezentują w nowych władzach Towarzystwa trzy osoby. Kinga Buras i Jurek Zieliński zostali członkami Zarządu Głównego PTT, a Janusz Foszcz członkiem Głównej Komisji Rewizyjnej - serdecznie gratulujemy!

    Nowe Władze PTT przedstawiają się następująco:


    Zarząd Główny


    prezes: Józef Haduch (O/Chrzanów
    )

    wiceprezesi: Nikodem Frodyma (O/Kraków),
    Remigiusz Lichota (O/Chrzanów), Wojciech Szarota (O/Nowy Sącz)

    sekretarz: Mariusz Ryńca (O/Chrzanów)

    p.o. skarbnika: Barbara Rapalska (O/Jaworzno)

    członkowie Prezydium:
    Janusz Machulik(O/Łódź Karpacki), Janina Mikołajczyk (O/Łódź),Barbara Morawska-Nowak (O/Kraków), Robert Stanisławski (K/Balice)

    pozostali członkowie Zarządu: Kinga Buras (O/Tarnów), Joanna Dryla-Bogucka (O/Nowy Sącz),
    Grażyna Hermanowicz (O/Radom), Zbigniew Jaskiernia (O/Sosnowiec),Jerzy Piotr Krakowski (O/Mielec),Wojciech Kral (O/Jaworzno), Tomasz Rakoczy (O/Bielsko-Biała), Aleksander Stybel (K/Tarnobrzeg), Jerzy Zieliński (O/Tarnów)

    Zarząd Główny - kadencja 2013-2016
    17.11.2013 - Członkowie nowego Zarządu PTT IX Kadencji - (fot. Szymon Baron)

    Główna Komisja Rewizyjna

    przewodniczący: Zbigniew Zawiła (O/Sosnowiec)
    zastępca przewodniczącego:
    Joanna Król (O/Nowy Sącz)
    sekretarz: Stanisław Wójtowicz (O/Radom)
    członkowie: Janusz Foszcz (O/Tarnów), Władysław Łoboz (O/Nowy Sącz), Grażyna Piotrowska-Gerlich (O/Jaworzno) oraz Marcin Ryś (O/Chrzanów)

    Główny Sąd Koleżeński

    przewodniczący: Tomasz Gawlik (O/Ostrowiec Świętokrzyski)
    zastępca przewodniczącego: Szymon Baron (O/Bielsko-Biała)
    sekretarz: Jolanta Augustyńska (O/Nowy Sącz)
    członkowie: Antoni Leon Dawidowicz (O/Kraków), Paweł Gąsiorek (O/Chrzanów), Marian Golus (O/Radom), Alicja Nabzdyk-Kaczmarek (O/Opole), Zbigniew Smajdor (O/Nowy Sącz) i Anna Żołędzka (O/Sosnowiec)
  • Mamy nowego Prezesa !!!

    Mamy nowego Prezesa !!!

    IX Zjazd Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego wybrał nowego Prezesa. Został nim Józef Haduch. Nowy prezes jest członkiem Oddziału Chrzanowskiego PTT, przewodnikiem górskim zrzeszonym w krakowskim SKPG. W minionej kadencji był członkiem Głównej Komisji Rewizyjnej PTT. Prezes Haduch, w rozpoczynającej się kadencji zamierza się koncentrować na dalszej profesjonalizacji działań władz organizacji.

    Tomasz Kwiatkowski


    Wycieczka Oddziału Chrzanowskiego PTT - (fot. Janusz Kołacz)

  • Odsłonięcie tablicy Macieja Mischke na Wiktorówkach

    W dziesiątą rocznicę śmierci uczciliśmy pamięć naszego Prezesa Honorowego.

    Z pewnością nie wszyscy z obecnych członków PTT kojarzą postać Macieja Mischke, który kierował naszym Towarzystwem przez pierwsze dwie kadencje. W dniu dzisiejszym, (16.11.2013 r.) na kilka godzin przed rozpoczęciem IX Zjazdu Delegatów członkowie i sympatycy Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego - zarówno Ci, którzy pamiętają Macieja, jak i zupełnie nowe osoby, dla których Maciej pozostaje postacią legendową, znaną jedynie z opowieści, wybrali się na Wiktorówki. Właśnie tam, na symbolicznym cmentarzu ludzi gór przy Sanktuarium Matki Bożej Królowej Tatr, z inicjatywy Oddziału PTT w Krakowie odsłonięto tablicę upamiętniającą Macieja Mischke (1909-2003) - prezesa honorowego Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego.

    W uroczystości wzięła udział rodzina Prezesa z synem Wojciechem Mischke, władze PTT, ratownicy TOPR, członkowie PTT i PZA oraz liczni turyści.

    Szymon Baron i Tomasz Kwiatkowski


    Odsłonięcie tablicy upamiętniającej Macieja Mischke - (fot. Przemysław Klesiewicz)

  • "Co słychać?" - Nr 11 (275) / 2013

    Listopadowy numer "Co słychać?" o objętości 8 stron jest równocześnie wydaniem zjazdowym. Oprócz zaproszenia na IX Zjazd Delegatów PTT mamy możliwość zapoznania się z przygotowanymi przez Tomasza Kwiatkowskiego założeniami programowymi.
    W części poświęconej wieściom z życia ZG PTT i Oddziałów możemy zapoznać się z zawartością 21. tomu "Pamiętnika PTT", który został oddany już do druku, a także dowiedzieć się o nowych władzach oddziałów PTT w Nowym Sączu i Dęblinie. Wśród istotnych wydarzeń należy odnotować utworzenie kolejnego Szkolnego Koła Krajoznawczego PTT przez Oddział w Chrzanowie. Możemy także znaleźć informacje o odznaczeniu dla ks. Zbigniewa Pytla, a także wycieczkach O/Ostrowiec Świętokrzyski w Beskid Wyspowy oraz biało-czerownym wędrowaniu Koła PTT w Kozach. 90 urodziny, które w tym roku obchodził Franciszek Kamysz z Oddziału w Opolu stały się okazję do przybliżenia jego sylwetki.
    Numer uzupełniają relacja Niny Mikołajczyk z Parku Narodowego Ziom w Stanach Zjednoczonych, relacja z panelu dyskusyjnego poświęconego programowi "Polski Himalaizm Zimowy", zaproszenie na przygotowane przez TPN seminarium dla nauczycieli oraz informacja o błędzie wzaproszeniu na obchody 140-lecia TT-PTT.

    Życzymy przyjemnej lektury! (pobierz -> 0,76 MB)

  • "Wokół Manaslu" - tarnowianie w Himalajach Nepalu

                      .                .                                               .        .      . .                          .                             .                         


  • 09-10.11.2013 II Górski Marsz Niepodległości

    II Górski Marsz Niepodległości w Beskidzie Niskim i Pogórzu Ciężkowickim (nieoczekiwanie).

    Wybór miejsca na ten wyjazd nie mógł być oczywiście przypadkowy. Łemkowszczyzna, bliska geograficznie kraina, była areną walk toczonych w czasie Konfederacji Barskiej, pierwszego polskiego powstania narodowego. Zatem II Górski Marsz Niepodległości odbywał się w Beskidzie Niskim, gdzie walczyli ci, którzy „nigdy z królami nie byli w aliansach, nigdy przed mocą nie ugięli szyi”.
    Niezbyt obiecujące prognozy pogody nie mogły zrazić nas przed uczczeniem Święta 11 listopada w najlepszy znany nam sposób, czyli górską wędrówką, na trasie której znaleźć się miały Jaworzyna Konieczniańska i Lackowa. Początek Marszu ustalamy na Przełęcz Beskidek. Opustoszałe przejście graniczne w listopadowej mgle sprawia wyjątkowo smętne wrażenie, zaś od czasu wejścia Słowacji do strefy EURO tutejsze sklepy oferujące rozmaite produkty gościnnej ziemi naszych południowych sąsiadów (ze wskazaniem na używki) popadają w ruinę.
    Pierwszy przystanek na szlaku wypada przy cmentarzu nr 46, pamiątce po toczonych tu w czasie I wojny światowej ciężkich walkach. W architekturze cmentarza widać charakterystyczne cechy stylu jego projektanta Dusana Jurkovicia, znanego nam z cmentarzy w Krempnej i na Rotundzie. Wysoka gontyna dominuje nad grobami oznaczonymi krzyżami łacińskimi i patriarchalnymi. Sam cmentarz również został założony na planie krzyża. To pierwszy z akcentów przypominających o wydarzeniach sprzed blisko stu lat, które doprowadziły do tego, że możemy dziś przemierzać góry w Marszu Niepodległości.


    09.11.2013 - II Górski Marsz Niepodległości- (fot. Artur Marć)

    Po chwili zadumy zamglonym lasem maszerujemy granicą przez Beskidek szybko docierając do stoków Jaworzyny Konieczniańskiej. Podejście na Jaworzynę bywalcom Beskidu Niskiego nieodparcie kojarzy się z podejściem na Lackową. Trudności potęgowane są przez błoto i mokre liście. Nasza zwarta dotąd grupa rozciąga się na dystansie kilkuset metrów. Na szczęście to Beskid Niski, długich i stromych podejść jest tu jak na lekarstwo. Zakręt szlaku na wypłaszczeniu informuje nas, że osiągnęliśmy wierzchołek Jaworzyny Konieczniańskiej. Na szczycie znajduje się miejsce z którego można przy dobrej pogodzie podziwiać „minipanoramę” Beskidu. Niestety dziś po raz kolejny oglądamy mgłę i jedyne co możemy to wrócić wspomnieniami do listopada sprzed dwóch lat, gdy z Busova i Koziego Żebra podziwialiśmy przy idealnej pogodzie Tatry.
    Dzisiejsza kulminacja jest najlepszym miejscem do wręczenia legitymacji nowym członkom naszego Oddziału. Tym razem po zieloną książeczkę i uścisk dłoni Prezesa pod kijkami przepędzeni zostają: Karolina, dla której jest to już kolejna wycieczka z PTT oraz nasz człowiek w stolicy czyli Paweł, debiutujący na wyjazdach z ptt-owską rodziną. Gratulujemy nowym. Choć w przypadku Pawła, znanego mi od trzydziestu lat, określenie „nowy” brzmi raczej dziwnie. Potem oczywiście następuje sesja foto z flagami. Ze względu na warunki atmosferyczne na dłużej zatrzymujemy się na Przełęczy Regetowskiej, przy wiacie turystycznej, którą ze względu na solidny murowany grill można uznać za „wiatę all inclusive”. Jest nawet starannie ułożone drewno i gałęzie na rozpałkę. Nikt z nas nie przewidział takiego obrotu sprawy, więc posiłek w wiacie ma postać suchego prowiantu. No może nie całkiem suchego, bo przecież proces trawienia można ułatwić i nieco przyspieszyć...


    09.11.2013 - II Górski Marsz Niepodległości- (fot. Przemysław Klesiewicz)

    Szlak z Przełęczy wiedzie nas na łagodne wzniesienie Obycza. Tu mamy do wyboru kilka wariantów dalszej wędrówki. Decydujemy się oczywiście na ten najdłuższy, czyli marsz na Przełęcz Wysowską, a potem zejście przez Blechnarkę do Wysowej.
    Kolejnym przystankiem jest wiata na Przełęczy Wysowskiej. Obiekt, mimo iż niedawno zbudowany jest już upstrzony napisami z których można się dowiedzieć wiele o obyczajach osób z niego korzystających. Obyczaje te, głównie ze sfery erotycznej, ze względu na tzw. moralność publiczną nie nadają się do szerszego tutaj omówienia. Po krótkim odpoczynku błotnistą drogą przechodzimy przez Blechnarkę oglądając po lewej stronie drogi cerkiew p. w. śś. Kosmy i Damiana oraz zbocza Cigelki, zaś po obu stronach drogi nowe domy letniskowe. Pisana cyrylicą tablica z nazwą miejscowości, kamienny krzyż i cerkiew przypominają, że jesteśmy na ziemi Łemków.
    Nasza grupa po raz kolejny rozciąga się na drodze z Blechnarki do Wysowej. W awangardzie idą - co nie powinno dziwić - maratończyk Rafał ze Zdziskiem, natomiast cała reszta tworzy zwarty peleton. Godzina piętnasta o której docieramy do Wysowej jest świetną porą na obiad, więc kierujemy swe kroki do znanej nam dobrze sprzed dwu lat „Dziurnówki”, gdzie rozsiadamy się przy stylowych stołach.
    Absolutnym przebojem stołu „przybarowego” jest placek po góralsku, który pod innymi szerokościami geograficznymi nosi nazwę placka po węgiersku. Dochodzimy do wniosku, że „góralskość" tego placka przejawia się głównie w surówce z selera, której zalety wśród ludów wyżynnych (i nie tylko) są powszechnie znane.


    09.11.2013 - II Górski Marsz Niepodległości- (fot. Artur Marć)

    Wyraz twarzy uroczej barmanki, zbierającej zamówienia na kolejne placki po góralsku jest bezcenny i mówi mniej więcej: zamieniłam się z koleżanką bo miał być spokojny dzień, a tu masz babo (nomen omen) placek.
    Kuchnia w restauracji działa wyjątkowo sprawnie i po chwili uzupełniamy kalorie stracone w beskidzkim błocie. Do tego oczywiście dochodzi proces nawodnienia organizmu. Wraz z zapadającym zmrokiem opuszczamy gościnne progi „Dziurnówki” i zahaczywszy o pobliskie Delikatesy obieramy kurs na znany nam również z wyjazdu w listopadzie 2011 r. pensjonat „Osława”.
    Wieczorny trekking z plecakami po parku zdrojowym nie jest oczywiście ostatnim akcentem soboty. Wadą listopadowego dnia jest mała ilość czasu, którą można poświęcić na górskie wędrówki, ale z drugiej strony długi wieczór pozwala zaplanować atrakcje nieco innego rodzaju. W „Osławie” po rozlokowaniu się w pokojach następuje podział na kilka grup: ci, którym mało wilgoci i padającego deszczu postanawiają zaznajomić się z niedawno otwartym pobliskim parkiem wodnym, mniej liczna grupa wyrusza na zapoznanie się z lokalnymi produktami będącymi efektem procesu fermentacji, zaś pozostali w podgrupach zagospodarowują czas pozostały do „wieczornej posiady”.


    09.11.2013 - II Górski Marsz Niepodległości- (fot. Artur Marć)

    Tuż przed dwudziestą schodzimy się na parterze w sali jadalnej. Spotkanie rozpoczyna się od życzeń urodzinowych dla Iwony, która jak twierdzi właśnie skończyła osiemnaście lat, i gromkiego „Sto lat” dla solenizantki. Tylko niektórzy są nieco zaintrygowani dlaczego w takim razie solenizantka nie wspomina o zbliżającej się maturze.
    Na stołach największą furorę robi zestaw „chłopskie jadło” czyli smalec Teresy wsparty ogórkami. Z nieco innych przysmaków na stole widać było macedońską rakiję i ukraiński koniak. Urodziny Iwony oraz polskie święto niepodległości są zatem uczczone specjałami międzynarodowymi...
    Pamiętając o prognozach pogody niedzielny poranek rozpoczynamy od spojrzenia za okno. Niestety, aura jest bezlitosna. Z zaplanowanego zdobycia Lackowej wschodnią ścianą nic nie będzie. W tych warunkach pogodowych, przy padającym deszczu oraz całkowitym zamgleniu, musimy zmienić plan na niedzielę.
    Krótka narada i decydujemy się w drodze powrotnej do domu na spacer po Skamieniałym Mieście w Ciężkowicach. Tego jeszcze nie było w naszym Oddziale - dwudniówka w której programie jest Skamieniałe Miasto. Czyżby zapowiedź jednego kolegi o zorganizowaniu weekendowej wycieczki na Górę św. Marcina miała się jednak spełnić?


    10.11.2013 - II Górski Marsz Niepodległości- (fot. Artur Marć)

    Zanim jednak zatrzymamy się przy dobrze znanych podtarnowskich skałkach robimy mały postój przy Cerkwi p. w. Opieki Matki Bożej w Hańczowie. W niedawno odnowionej cerkwi właśnie kończy się nabożeństwo, więc możemy zwiedzić wnętrze. Wzrok przykuwa pięknie zachowany ikonostas. Przez chwilę podziwiamy świątynię i ruszamy dalej na północ, gdzie na niebie, jak na złość, dominuje błękit. Mijamy zalew w Klimkówce, który w filmowej adaptacji „Ogniem i mieczem” zastępował Dniepr w scenach podróży Skrzetuskiego na Sicz, a kilka chwil później widzimy już charakterystyczne wzniesienie Chełmu nad Grybowem.
    W Ciężkowicach zaczynamy spacer nietypowo od miejsca, w którym niebieski szlak przecina drogę do jaru z wodospadem. Po krótkim podejściu przy Skałce z Krzyżem podziwiamy panoramę Ciężkowic, a potem na chwilę zatrzymujemy się przy kolejnych skałach - Cygance, Baszcie Paderewskiego, Pustelni i Piramidach. Nie może oczywiście zabraknąć zdjęć z flagą oddziałową i narodową, wszak Święto Niepodległości już jutro. Spacer kończymy na parkingu przy „Czarownicy”. Jeszcze tylko spojrzenie na nieco wezbraną Białą i pora ruszać do Tarnowa. II Górski Marsz Niepodległości, z konieczności skrócony i w swojej drugiej części nieco mało górski, dobiega końca. A my myślami jesteśmy już na Turbaczu...

    PS. Powyższa relacja zawierała lokowanie wielu produktów.

    Artur Marć


    10.11.2013 - II Górski Marsz Niepodległości- (fot. Przemysław Klesiewicz)

  • III Tuchowska Noc Filmów Górskich

    Terenowe Koło PTTK nr 76 w Tuchowie oraz Dom Kultury w Tuchowie serdecznie zapraszają naIII Tuchowską Noc Filmów (a ogólnie siódmą edycję).
    Spotkanie rozpocznie się dnia 16. listopada o godz. 16.45 a zakończy o 23.30.

    Program Nocy Filmów:
    16.45 – 17.00 Muzyka na wejście
    17.00 – 17.10 Przywitanie gości i widzów
    17.10 – 17.30 Prezentacja ważniejszych dokonań Koła PTTK w Tuchowie
    17.30 – 17.35 Przerwa muzyczna
    17.35 – 18.05 Maciek Dembski, Przemek Firlej “O dwóch takich co podbili Kirgistan”
    18.05 – 18.10 Muzyczna przerwa
    18.10 – 18.40 Monika Mróz „Ścieżkami Delty Okawango i Wodospadów Wiktorii”
    18.40 – 18.50 Muzyczna przerwa
    18.50 -19.50 Andrzej Samolewicz „Pod słońcem Kiszmichana” czyli o Krakowskiej
    Akademickiej wyprawie w Hindukusz Afgański w 1976 r., oraz
    „Największa ściana” – pierwsze wejście południowo wschodnim filarem na Nanga Parbat 8125 m npm. – w 1985 r.
    19.50 – 20.00 Muzyczna przerwa
    20.00 – 21.30 Gość Wieczoru OLA DZIK – „Gaszerbrumy 2011” oraz „Nanga Parbat 2013 – niedokończona wyprawa”
    21.30 – 21.55 Występ zespołu muzycznego
    22.00 – 23.30 Gość Wieczoru ADAM BIELECKI – prezentacja “Himalaizm zimowy”

    Program może jeszcze ulec zmianie.

    Wstęp wolny, ilość miejsc ograniczona.

    Patronat honorowy: Burmistrz Tuchowa


  • 02.11.2013 - Zaduszkowe Spotkanie na Starym Cmentarzu

    Spotkanie przy grobie patrona ks. Bogusława Królikowskiego COr.

    Tradycyjnie już wieczorem w Dzień Zaduszny członkowie i sympatycy naszego Oddziału spotykają się na tarnowskim Starym Cmentarzu przy grobie księdza Bogusława Królikowskiego COr - naszego patrona. Nie inaczej było w tym roku. Spora, ponad dwudziestoosobowa grupa zgromadziła się przy mogile księży z Kongregacji Filipinów. Spoczywa w niej również ksiądz Królikowski. Zapłonęły przyniesione przez nas znicze. Następnie ksiądz Paweł Cyz poprowadził wspólną modlitwę w intencji patrona, zmarłych, którym góry były szczególnie bliskie w życiu oraz wszystkich zmarłych bliskich i członków naszych rodzin. Po modlitwie przez chwilę wspominaliśmy tych, którzy w ostatnim roku zostali na zawsze w górach. W refleksyjnym nastroju, kilkanaście osób, podzielonych na mniejsze grupki postanowiło pospacerować jeszcze po najstarszej tarnowskiej nekropolii. Spacerowi sprzyjała doskonała pogoda. Było bezwietrznie oraz niespotykanie (jak na początek listopada) ciepło.

    Janusz Foszcz


    02.11.2013 - Spotkanie przy grobie Patrona Oddziału - (fot. Przemysław Klesiewicz)

  • 27.10.2013 Wycieczka na Radziejową w Besk. Sądeckim

    Złota polska jesień w Paśmie Radziejowej.

    Marzenia jednak się spełniają. Czasem nawet szybciej niż przypuszczamy...
    Kiedy wędrując po himalajskich ścieżkach w Nepalu, od czasu do czasu otrzymywałem od przyjaciół smsy o pięknej, polskiej jesieni panującej w naszych górach, przyznam szczerze, że tęskniłem bardzo za mieniącymi się odcieniami żółci, czerwieni i brązów stokami Tatr, Pienin, Gorców czy Beskidów. Byłem prawie pewien, że tego typu wrażenia wizualne będą moim udziałem dopiero za rok. Nutka optymizmu pojawiła się jednak dość szybko. Tuż po powrocie, kiedy w słoneczny i ciepły niedzielny poranek dwudziestego października wracaliśmy z Okęcia do Tarnowa mijając na trasie różnokolorowe zagajniki i większe obszary leśne, miałem nadzieję, że przez kilka następnych dni pogoda nie ulegnie zmianie. A wtedy…


    27.10.2013 - Wycieczka na Radziejową w Beskidzie Sądeckim - (fot. Janusz Foszcz)

    Budzik zadzwonił punktualnie o szóstej. Jeszcze wczoraj o tej porze panowały zupełne ciemności. Teraz jednak jest już jasno. Ostatnia niedziela października niesie ze sobą ten niewątpliwy handicap. Zmiana czasu z letniego na zimowy to dodatkowa godzina snu i wcześniejszy wschód słońca. Pogoda zrobiła swoje więc czas wstać i zrealizować nepalskie marzenie. Razem z synem idę na przystanek. Oprócz błękitnego nieba potrzeba mi dziś jeszcze grupy górskich przyjaciół. Środowy pomysł na niedzielną wycieczkę ścieżkami Pasma Radziejowej znalazł jednak liczne grono zwolenników. Oddziałowy bus wiezie nas zatem do Kosarzysk. Kilka minut po ósmej ruszamy w stronę Chatki pod Niemcową. Coraz bardziej błękitne niebo i rosnąca temperatura powietrza potwierdzają nasze przypuszczenia. To będzie piękny dzień. Mimo, iż na bukach i brzozach liście zostały już dość przerzedzone, to widać jeszcze dobrze ślady złotej jesieni. Po godzinie docieramy do chatki. Wokół sporo turystów. Z pewnością spędzili tutaj noc. Nie brakuje małych dzieci. Słońce grzeje już mocno. Nad doliną Popradu wisi jeszcze mgła, ale Pasmo Jaworzyny jest już ponad nią. Zasiadamy na drewnianych ławkach i wyciągamy kanapki. Pani z chatki częstuje gorącą herbatą. Na zupełne rozleniwienie nie możemy sobie pozwolić więc po kilkudziesięciu minutach ruszamy dalej. Krótkie podejście i jesteśmy na Niemcowej. Tutaj wkraczamy na Główny szlak Beskidzki i maszerujemy w stronę Wielkiego Rogacza. Na grzbiecie zaczynamy odczuwać podmuchy mocnego, południowego wiatru. Rosnące tutaj buki pozbawione są już prawie w całości liści. Teraz tworzą one na ścieżce gęsty naturalny dywan. Brodzimy w nim po kostki, szurając do woli jak dzieci. Niepostrzeżenie i prawie bez zmęczenia docieramy do skrzyżowania szlaków na Wielkim Rogaczu. W związku z tym jednogłośnie postanawiamy, że cała grupa pójdzie na Radziejową.


    27.10.2013 - Wycieczka na Radziejową w Beskidzie Sądeckim - (fot. Janusz Foszcz)

    To był bardzo dobry pomysł. Już po chwili marszu naszym oczom ukazały się (w całej okazałości) Tatry, Małe Pieniny, Pieniny, Gorce i Beskid Żywiecki z Babią Górą. Chociaż podejście na szczyt Radziejowej rozciągnęło nieco naszą grupę wszyscy w dobrej formie osiągnęli wierzchołek. Energii bez problemów starczyło też do wejścia na wieżę widokową. Widoki były doprawdy rewelacyjne. Do wymienionych wcześniej pasm górskich dołączyły jeszcze: Beskid Wyspowy i Niski oraz Pogórze Rożnowskie. Tylko wiatr, który dmuchał z całą mocą przeszkadzał trochę w podziwianiu panoram. Zadowoleni ze zrealizowania planów opuściliśmy szczyt Radziejowej i poszliśmy z powrotem w stronę Rogacza. Wiatr nieco się uspokoił. Z Rogacza obraliśmy kierunek na Bacówkę na Obidzy. Zbliżała się wszak pora obiadu. Kiedy straciliśmy jeszcze trochę wysokości, wiatr pożegnał się z nami na dobre. Widać wolał działalność szczytową. I dobrze, bo dzięki temu czuliśmy się jak na prawdziwie letniej wycieczce. Dodatkowo cały czas towarzyszyły nam wspaniałe górskie panoramy. Prawdziwie spacerowym tempem dotarliśmy do Polany Litawcowej - całej w pięknych jesiennych barwach. Do bacówki już naprawdę niedaleko. Wreszcie jest! Naleśniki, pierogi, schabowe, szarlotki i pewien złocisty napój szybko uzupełniły utracone kalorie. A wszystko to z widokiem na pasmo Jaworzyny Krynickiej oraz „grupę” Eliaszówki.


    27.10.2013 - Wycieczka na Radziejową w Beskidzie Sądeckim - (fot. Janusz Foszcz)

    Ponad godzinę siedzieliśmy przed bacówką, ciesząc się tak wspaniałym niedzielnym popołudniem. Potem rozpoczęliśmy ostatni etap naszej wędrówki. Przez Suchą Dolinę dotarliśmy do parkingu w Kosarzyskach. Dojeżdżając do Tarnowa przekonaliśmy się jeszcze raz, że obowiązuje już czas zimowy. Mimo, iż do siedemnastej pozostawało ponad dwadzieścia minut na zewnątrz zaczynał się zmierzch. Teraz przez kilka miesięcy z naszych górskich wycieczek będziemy wracać nocą. Ale takie są przecież uroki późnojesiennego i zimowego sezonu turystycznego.

    Janusz Foszcz


    27.10.2013 - Wycieczka na Radziejową w Beskidzie Sądeckim - (fot. Janusz Foszcz)

  • 25.11.2012 - Kopaliny i Wał na Pogórzu Rożnowskim

    Kopaliny i Wał, czyli niedzielny spacer Szlakiem Cmentarzy Wojennych.

    W słoneczny, listopadowy, niedzielny poranek zebraliśmy się na stacji kolejowej Łowczówek-Pleśna, żeby wspólnie podążyć szlakiem cmentarzy z czasów I Wojny Światowej położonych w VI okręgu – Tarnów.
    Wędrówkę rozpoczęliśmy z lekkim poślizgiem oczekując na mocno spóźniony pociąg z Tarnowa, z którego ku naszemu ogromnemu zdziwieniu wysiadł Darek. Jak on to zrobił??? Mogłabym przysiąc, że widziałam go w aucie na parkingu obok stacji. A zatem byliśmy już w komplecie. Silną grupę tworzyło tym razem sześć osób. Bernadeta rozdała wszystkim przygotowane przez siebie broszurki i tworząc zwarty szereg ruszyliśmy w drogę.
    Początkowo szliśmy asfaltem, by po chwili skręcić w lewo za znakami czarnymi w leśną ścieżkę, która zaprowadziła nas na wzgórze Kopaliny do pierwszego na naszym szlaku cmentarza nr 171 w Łowczówku. Na tym cmentarzu pochowanych jest 511 żołnierzy walczących w dwóch przeciwnych armiach: austro-węgierskiej i rosyjskiej. Wśród nich znajduje się 113 Polaków z 1 i 5 Pułku Piechoty Legionów, dlatego cmentarz ten nazywany jest również Cmentarzem Legionistów Polskich.


    25.11.2012 - Cmentarz Nr 171 w Łowczówku- (fot. Bernadeta Knapik)

    Przemek opowiedział krótką historię cmentarza oraz toczących się w tym rejonie walk, zapaliliśmy znicz i zmówiliśmy modlitwę za poległych. Potem była chwila na zrobienie zdjęć i podziwianie wiązanek oraz wieńców, złożonych przy cmentarnej kaplicy w czasie uroczystości odbywających się tutaj corocznie z okazji Święta Niepodległości.
    Następnie ruszyliśmy dalej szlakiem niebieskim na cmentarze nr 185 i 186 w Lichwinie. Pierwszy z nich leży na wzgórzu zwanym Głową Cukru. Pochowanych jest tam 617 żołnierzy. Oczywiście był czas na zrobienie zdjęć i zapalenie znicza oraz wymianę spostrzeżeń. Do cmentarza nr 186 poszliśmy szlakiem zielonym. Na tej wojennej nekropolii spoczywa 104 żołnierzy austro-węgierskich oraz jeden Rosjanin. Po drodze postanowiliśmy nieco zboczyć z wcześniej obranej drogi, by odwiedzić jeszcze jeden nieplanowany cmentarz nr 182 w Siemiechowie, gdzie znajdują się 44 groby ziemne, jak głosi tablica na kamiennym obelisku. Wróciliśmy na wcześniej zaplanowaną drogę i kierując się w stronę Wału dotarliśmy do Chaty pod Wałem, skąd roztacza się przepiękny widok na Dolinę Dunajca, Pogórze Ciężkowicko-Rożnowskie, Beskid Niski, Sądecki i Wyspowy, Gorce i Tatry, aż po Babią Górę w Beskidzie Żywieckim. Niestety, pomimo słonecznej pogody Tatry tego dnia nie były widoczne.


    25.11.2012 - Cmentarz Nr 185 "Głowa Cukru" - (fot. Przemysław Klesiewicz)

    Po zrobieniu pamiątkowego zdjęcia podążyliśmy w kierunku cmentarza 187 w Lichwinie. Wśród odwiedzonych przez nas do tej pory cmentarzy wyróżnia się on wspaniałą bramą wejściową przypominającą dwóch żołnierzy stojących na warcie. Spoczywa tu 337 poległych. Krótka zaduma, kilka zdjęć i szlakiem żółtym ruszamy w stronę Rychwałdu, gdzie przy drodze mieści się cmentarz nr 188, który jest bardzo odmienny od innych, gdyż są to zaledwie 4 drewniane, otoczone drzewami krzyże upamiętniające 51 pochowanych tutaj żołnierzy. Ostatnim odwiedzonym przez nas miejscem pochówku z czasów I Wojny Światowej był cmentarz nr 173 w Pleśnej. Na jego obszarze spoczywa 63 żołnierzy.
    W czasie niespełna siedmiu godzin wędrówki stanęliśmy na siedmiu cmentarzach. Każdy z nich ma swój niepowtarzalny urok i został zaprojektowany w inny sposób. Wszystkie są świadkami krwawych walk, które miały miejsce na tych terenach na przełomie 1914 i 1915 roku. Co ciekawe (i piękne zarazem) spoczywają na nich żołnierze dwóch walczących ze sobą armii, bez względu na narodowość czy wyznawaną religię. Śmierć połączyła ich na wieki z dala od domów i rodzin. Zatarła wrogość, a w jego miejsce przyniosła szacunek dla przeciwnika.


    25.11.2012 - Na szczycie Wału nad Tarnowem - (fot. Przemysław Klesiewicz)

    Na cmentarzu nr 173 dobiegła końca krajoznawcza część naszej wycieczki, co nie oznacza wcale, że została ona zakończona definitywnie. Szlakiem żółtym podążyliśmy do miejsca startu czyli do stacji PKP, gdzie czekały nasze samochody. Stąd udaliśmy się do domu Przemka. Nasz organizator, a zarazem przewodnik przygotował przepyszny poczęstunek. Daniem głównym był gulasz podgrzewany w kociołku nad ogniskiem. Chwalenia zdolności kulinarnych Przemka nie było końca, ale wszystko co dobre kiedyś się kończy. Trzeba było wracać do Tarnowa. Na szczęście kolejne „dobre” już niebawem. Za kilka dni czekają nas bowiem „Mikołajki na Turbaczu”. Będę uczestniczyć w nich pierwszy raz i z niecierpliwością czekam na to wydarzenie, bo być może Św. Mikołaj będzie miał dla mnie prezent…

    Iwona Leśniowska-Sułek


    25.11.2012 - "Kociołek" u Przemka - (fot. Bernadeta Knapik)

  • "Co Słychać?" - Nr 11 (263) / 2012

    Listopadowy numer "Co słychać?" po raz kolejny przynosi nam sporo materiałów związanych z Rokiem Ochrony Przyrody.
    Już na pierwszej stronie możemy przeczytać artykuł Barbary Morawskiej-Nowak o zasłużonych dla ochrony przyrody w Polsce - Walerym Goetlu i Władysławie Szaferze. Pierwszemu z nich poświęcony jest jeszcze tekst Janusza Machulika z okazji 40. rocznicy śmierci. Grażyna Jedlikowska przybliża nam jeszcze jednego krajoznawcę i działacza na rzecz ochrony przyrody - Mieczysława Radwana.
    Możemy także przeczytać przedruk dwóch wywiadów z "Dzikiego Życia", w których na pytania związane z ochroną przyrody odpowiadają Barbara Morawska-Nowak i Antonina Sebesta (obie O/Kraków).
    Tematykę związaną z obchodami Roku Ochrony Przyrody uzupełniają informacje o wydarzeniach oddziałowych - o cyklu prelekcji "Górskie Parki Narodowe w Polsce" w Bielsku-Białej autorstwa Szymona Barona, zaduszkowym spotkaniu w Tarnowie pióra Janusza Foszcza oraz pokazie multimedialnym w Ostrowcu Świętokrzyskim, napisane przez Grażynę Jedlikowską.
    W numerze znajdziemy także informacje o działalności Zarządu Głównego, a wśród nich krótkie podsumowania ostatniego posiedzenia ZG PTT oraz szkolenia skarbników. Nie można także pominąć ogłoszenia o przedpłatach na "Bibliografię Pamiętników Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego, tomy 1-20".
    Wyjątkowo dużo materiałów dotyczy tym razem działalności Oddziałów. Mamy okazję dowiedzieć się o nowych władzach Oddziału PTT w Łodzi i Szkolnego Koła PTT nr 1 w Tarnowie, powołaniu nowego Szkolnego Koła Krajoznawczego w Trzebini przy oddziale chrzanowskim, wydaniu mapy "Mielec i okolice" przez Oddział PTT "MKG Carpatia" w Mielscu, wernisażu wystawy powyprawowej w Nowym Sączu, a także V Przeglądzie Filmów Górskich "AdrenaLinium 2012" w Żywcu oraz spotkaniu z kolegami ze słowackiego SVTS. Niemal cała strona poświęcona jest obchodom Święta Niepodległości za sprawą wydarzeń organizowanych przez Oddział PTT w Dęblinie oraz Szkolnego Koła PTT nr 2 w Tarnowie.
    Numer uzupełniają relacje Barbary Morawskiej-Nowak z zakończenia sezonu zorganizowanego przez Oddział PTT "Beskid" w Nowym Sączu, kolejne wspomnienie Janiny Mikołajczyk z podróży po Stanach Zjednoczonym - tym razem o Mono Lake oraz kalendarz imprez ogólnopolskich na rok 2013.

    Życzymy przyjemnej lektury! (pobierz -> 1,97 MB)

  • 17.11.2012 - Wieczorny spacer na Górę Św. Marcina

    Noc z Marcinem, czyli cudze chwalicie swego nie znacie...

    W historii naszego Oddziału odbyliśmy już wiele wycieczek górskich, bliższych lub dalszych. W naszych wyprawach indywidualnych zapuszczamy się daleko, aż na inne kontynenty, a przecież blisko nas, dosłownie za progiem, jest góra, której wysokość bezwzględna nie jest wprawdzie imponująca, ale którą wyróżnia to, iż jest najbardziej na północ wysuniętym wzniesieniem Karpat. Góra Św. Marcina, bo o niej mowa, jest ulubionym celem spacerów mieszkańców Tarnowa i okolic, ze względu na piękną panoramę oraz znajdujące się tam ruiny Zamku Tarnowskich. Był na niej chyba każdy z nas, ale niewielu zapewne zapuściło się tam w nocy.
    Pomysł na wycieczkę zaproponował Jurek – nocny spacer na popularną Marcinkę, połączony ze zwiedzaniem zabytków znajdujących się na Małopolskim Szlaku Architektury Drewnianej: Kościoła Św. Stanisława Biskupa w Skrzyszowie oraz Kościoła Św. Marcina w Zawadzie. To bynajmniej nie był koniec atrakcji, ale o tym za chwilę.
    Spotykamy się w sobotę, 17 listopada w Skrzyszowie na przykościelnym parkingu. Dzięki facebookowej akcji promującej tę imprezę zjawiają się nowi sympatycy naszego Oddziału. Witamy ich serdecznie w naszym gronie i poczekawszy na zakończenie sobotniego nabożeństwa rozpoczynamy zwiedzanie Kościoła Św. Stanisława Biskupa. To imponujących rozmiarów świątynia, największy drewniany kościół w Małopolsce wzniesiony w XVI wieku i później sukcesywnie rozbudowywany.


    17.11.2012 - Zwiedzanie Kościoła Św. Stanisława w Skrzyszowie- (fot. Przemysław Klesiewicz)

    W rolę kustosza wciela się Janusz, którego po chwili zastępuje nieco zdyszany Przemek. Nasi "uczeni w piśmie" koledzy-przewodnicy pokazują nam dwie kaplice, tzw. "męską" i "żeńską" tworzące transept. Podziwiamy też piękne, wielobarwne polichromie zdobiące ściany świątyni. Teraz jeszcze czas na zdjęcia i dziękując za udostępnienie Kościoła rozpoczynamy pieszą część dzisiejszej imprezy.
    Trasa zaplanowana przez pomysłodawców i organizatorów wycieczki prowadzi ze Skrzyszowa przez Las Kruk do Zawady. Stamtąd zaś na ruiny Zamku Tarnowskich by nieco inną drogą z powrotem dotrzeć do Skrzyszowa, gdzie opodal "Orlika" czeka nas grill i małe co nieco.
    Po przejściu przez drogę przecinającą Skrzyszów zagłębiamy się w Las Kruk. To znaczące miejsce na planie dzisiejszej wycieczki. Tu właśnie w głębokim jarze, o tej porze roku pokrytym grubym dywanem liści, w czasie II Wojny Światowej śmierć z rąk Niemców poniosło kilkuset Polaków. Światła naszych czołówek i płonące znicze tworzą niepowtarzalną atmosferę. W zadumie pochylamy głowy, ks. Robert rozpoczyna modlitwę za zmarłych. Wieczne odpoczywanie…


    17.11.2012 - Przy pomniku w Lesie Kruk - (fot. Artur Marć)

    Po chwili wyruszamy w dalszą drogę. Las Kruk szybko ustępuje miejsca rzednącym zaroślom. Jeszcze krótkie podejście i polną drogą zmierzamy w kierunku przekaźnika na Górze św. Marcina, który w tej nocnej scenerii sprawia niezwykłe wrażenie. Czerwone światła zamontowane na przekaźniku są dla nas drogowskazem lepszym niż niewyraźnie widoczne oznaczenia szlaku.
    Nastrój refleksji i zadumy szybko mija. Jako, że na wycieczce jest kilka nowych osób zaczynamy nawiązywanie nowych znajomości. Maszerująca w zwartym ordynku grupa miłośników nocnych "Zabaw z Marcinem" rozciąga się na przestrzeni kilkudziesięciu metrów. Czołówki na naszych głowach z pewnej odległości dają efekt węża świetlnego. A ponieważ na naszej drodze raz po raz pojawiają się niespodzianki do ominięcia w postaci kałuż i błota powiedzenie "iść tropem węża" nabiera niespodziewanie dosłownego znaczenia. Jak zawsze na wycieczkach czoło utrzymuje krótkofalówkową łączność z bazą, którą dziś tworzy "Grupa Galona".
    Po kilkudziesięciu minutach marszu, z nogawkami, które nieco zmieniły u dołu barwę na szaro-burą, docieramy do Zawady. Tu zmieniamy ścieżkę na asfaltową, ale kurs pozostaje niezmienny. Idąc pośród zabudowań tej uroczej miejscowości docieramy do drugiego kościoła na naszej dzisiejszej trasie, Kościoła pw. Św. Marcina.


    17.11.2012 - Janusz opowiada o Kościele Św. Marcina w Zawadzie - (fot. Artur Marć)

    Świątynia ta jest znacznie mniejsza niż zwiedzany przez nas już dzisiaj obiekt w Skrzyszowie, ale poza tym w niczym mu nie ustępuje. Zachwycamy się przez chwilę piękną, klasyczną bryłą Kościoła, której kształt podkreślają umiejętnie rozstawione reflektory. Obok pięknego zabytku czeka atrakcja zupełnie innego rodzaju. Każdy zainteresowany na oryginalnym postumencie może sprawdzić odległość dzielącą Zawadę od innych miast.
    Plac przed Kościołem to oczywiście dobre miejsce na zdjęcie dokumentujące pobyt członków i sympatyków PTT w Tarnowie. Wyciągamy z plecaków flagę, którą ze względu na miejsce tym razem nazywamy bez zdrobnień.
    Spod Kościoła asfaltowa droga prowadzi nas do kolejnej atrakcji wieczoru, czyli na ruiny Zamku Tarnowskich. Po kilkunastu minutach zaczynamy podziwiać nocną panoramę Tarnowa. Pogoda nas nie zawiodła. Po utrzymującej się przez kilka dni mgle nie ma śladu. Identyfikujemy poszczególne obiekty w mieście. Nacieszywszy oczy znów przyjmujemy azymut na Skrzyszów.
    Jeszcze o tym nie wiemy, ale właśnie zaczyna się najbardziej survivalowo-przygodowa część dzisiejszej imprezy. Najpierw nieco survivalu: do pokonania mamy kilka głębokich jarów, z dodatkowymi atrakcjami w postaci strumienia, albo drzew tarasujących przejście. Potem zaczynają się przygody.


    17.11.2012 - Nieco survivalu na szlaku - (fot. Przemysław Klesiewicz)

    Wędrując nocnymi polami usiłujemy "wstrzelić się" w szlak prowadzący przez Las Kruk do Skrzyszowa. Maszerując nie zwracamy uwagi, że Las ten został już daleko z tyłu. Trąbimy na odwrót, nie przewidujemy bowiem odwiedzenia dziś Łękawicy. Znów pokonujemy uprzednio przebytą drogę. Ale i tym razem zapuszczamy się nieco za daleko, tyle, że tym razem na północ. Najwyższa pora zdać się na "mędrca szkiełko i oko", nie zaś tylko na "czucie i wiarę" przewodników. W roli mędrca występuje Marek, zaś elektroniczne "szkiełko i oko" zaopatrzone w GPSa naprowadza nas z powrotem na kurs i na ścieżkę zejścia.
    W samą porę meldujemy się przy wiacie z grillem, a więc w punkcie kończącym naszą wycieczkę. Teraz czas na ostatni punkt programu, czyli poczęstunek. Poczęstunek ten miał być skromny, jednak Kinga dość osobliwie zinterpretowała ową "skromność". Już z daleka dobiegł nas zapach grillujących się kiełbasek. Stół zaś zapełniony był ciastem i napojami. Takiej obfitości smakołyków na naszych wycieczkach nie pamiętają najstarsi górale z północnych stoków Karpat. By oszczędzić żalu osobom, które nie wzięły udziału w spacerze na tym zakończę opis atrakcji kulinarnych.
    Pokrzepieni smakołykami Kingi przez chwilę jeszcze rozmawiamy, ale listopadowy chłód daje się coraz bardziej we znaki. Dziękujemy Kindze i zaczynamy się żegnać. Operacja "Pierwszy Nocny Spacer PTT Tarnów" została zakończona. Pozostaje tylko czekać na kolejne edycje imprezy…

    Artur Marć


    17.11.2012 - "Skromny" poczęstunek u Kingi - (fot. Przemysław Klesiewicz)

  • Zapraszamy na Koncert Młodzieży z SK PTT Nr 2

                      .                .                                               .        .      . .                          .                             .                         ..   


  • 10-11.11.2012 - Hala Łabowska w Beskidzie Sądeckim

    Górski marsz niepodległości czyli… flagi i "flażki" na wietrze.

    Zaczęło się w ubiegłym roku. Wtedy po raz pierwszy postanowiliśmy uczcić Narodowe Święto Niepodległości wspólnym, górskim marszem. Do dziś pamiętamy te dwa piękne, listopadowe dni spędzone aktywnie w Beskidzie Niskim. Tym razem na teren naszego "niepodległościowego" wędrowania wybraliśmy Beskid Sądecki, a dokładniej pasmo Jaworzyny Krynickiej.
    W słoneczny sobotni poranek gromadzimy się po siódmej w hallu tarnowskiego dworca PKP. Dzierżąc w dłoniach "bilety sądeckie" na których, jako stację docelową wydrukowano miejscowość Żegiestów Zdrój powoli przenosimy się na peron. Na nim spotykamy jeszcze kilkanaście osób z plecakami. To najlepszy dowód, że wśród tarnowian nie brakuje miłośników listopadowych, górskich wędrówek. Poznajemy dwie sympatyczne dziewczyny, dla których sobotnim celem jest dojście z Rytra do schroniska na Przehybie. Mamy czas na turystyczne rozmowy, gdyż pociąg jest lekko opóźniony. Wielkość opóźnienia nie powoduje jednak u nas stresu. Cóż bowiem znaczy skromne pięć minut. To prawie jak w Szwajcarii (tam co prawda jest to suma opóźnień wszystkich pociągów w ciągu kilkudziesięciu lat). A przecież wczoraj po południu (o czym informują nas Adam z Asią), z uwagi na osunięcie się torowiska w okolicach Rzezawy, opóźnienia dochodziły do dwóch godzin. Po chwili "czerwony wąż" nadjeżdża z hukiem. Okazuje się, że wiele osób postanowiło (w przeciwieństwie do nas) spędzić sobotę w Tarnowie. Czekamy, aż wysiądą. Mimo to sporo miejsc w pociągu jest jeszcze pozajmowanych. Dlatego lokujemy się w dwóch sąsiednich wagonach. W jednym spotykamy naszego oddziałowego kolegę, który z wykrywaczem metalu wybiera się na poszukiwanie "skarbów" na terenie Pogórza Rożnowskiego. W Łowczówku dołącza do nas Przemek i jesteśmy w komplecie (chociaż jak okaże się wieczorem to niekoniecznie). Gdzieś w okolicach Ciężkowic w wagonach robi się zdecydowanie luźniej i do celu jedziemy już wspólnie. Podróżowanie koleją sprzyja (zdecydowanie bardziej niż busem) rozmowom i kontaktom międzyludzkim. No i nie trzeba zatrzymywać się na stacjach benzynowych. Gdyby jeszcze podróż przebiegała trochę szybciej. Za oknem idealny błękit i chciałoby się już wędrować po Beskidzie Sądeckim, a tu dopiero Stróże. Potem Grybów i Ptaszkowa (a może by tak wysiąść i iść na Postawne i Jaworze?). Wreszcie docieramy do Nowego Sącza. Tutaj do wagonów wdziera się tłum studentek z sądeckiej PWSZ. Też jadą w góry. Ale obuwie i torebki na ramionach są znakiem, że zdobędą jedynie Górę Parkową w Krynicy. Kolejką oczywiście…


    10.11.2012 - Janusz "zaczyna" już na stacji w Żegiestowie ;-) - (fot. Jarosław Zakrzewski)

    Po trzech godzinach docieramy do Żegiestowa Zdroju. To wspaniałe uzdrowisko z czasów II Rzeczpospolitej popadło na przełomie tysiącleci w prawie całkowita ruinę. Ostatnio zaczyna się jednak powolna renowacja zabytkowych budynków. W ciągu kilkunastu lat ma być tutaj jedno z największych centrów sanatoryjno - wypoczynkowych w tej części Europy. Szlak niebieski prowadzi nas początkowo drogą, równolegle do linii kolejowej i Popradu. Po kilku minutach skręcamy w stronę olbrzymiego, opuszczonego i ogromnie zaniedbanego Domu Zdrojowego. Powstał w latach 20-tych ubiegłego wieku, a jego projektantem był sławny architekt Adolf Szyszko-Bohusz (ten sam, który zaprojektował tarnowskie mauzoleum Józefa Bema w Parku Strzeleckim). Przechodzimy pod budynkiem (dosłownie) i wchodzimy w dolinę Szczawnika. Mijamy nieczynną pijalnię wody mineralnej "Anna". Osoby chętne do noclegu na jej terenie ostrzega tabliczka zwracająca uwagę na możliwość kontaktu z nadmiarem dwutlenku węgla (tutejsze wody mineralne są w naturalny sposób mocno nasączone tym gazem) i tym samym dużej możliwości obudzenia się już na… niebiańskich pastwiskach. Za pijalnią skręcamy ostro w lewo i pniemy się stromo w górę jarem wśród bukowego lasu w stronę grzbietu. Momentalnie się rozgrzewamy. Ale nie ma mowy o przegrzaniu. Skutecznie uniemożliwia to mocny południowo-zachodni wiatr. Potwierdzają się prognozy, że w Tatrach powieje halny. Wreszcie wychodzimy na długi, odkryty grzbiet Trzech Kopców.
    Z rozległych łąk rozpościerają się fantastyczne widoki. W tym ten najważniejszy dla nas. Na Tatry oczywiście. Chwila przerwy i ruszamy w stronę Pustej Wielkiej. Ci, którzy wędrowali już tędy, wiedzą, że teraz czeka nas długie i mozolne podejście. Każdy ustala sobie dogodne tempo. W efekcie między poszczególnymi grupkami tworzą się spore luki "czasoprzestrzeni". Skrzyżowanie ze szlakiem żółtym jest znakiem, że do szczytu pozostał już dosłownie "rzut beretem". Wiatr dmucha coraz mocniej. Za nim wyjdziemy na podszczytowe (coraz bardziej zarastające) polany, w zacisznym miejscu uzupełniamy kalorie i dzięki temu zwieramy również szeregi. Na wierzchołku robimy kilka pamiątkowych fotek z oddziałową "flażką", zostawiamy na słupku wlepkę i dosłownie zwiewamy z halnym. Szkoda, bo widoki warte są dłuższej kontemplacji. Szybko trawersujemy zbocza Pustej i dochodzimy do rozległych łąk prowadzących w stronę Jaworzynki i Runku. To już tereny znane dobrze prawie wszystkim. I piechurom i rowerzystom i narciarzom. Dzisiaj są wyłącznie nasze. Wokół żywego ducha. Wiatr nadal mocno wieje, ale widoki rekompensują nam te "małe" niedogodności. Jest majestatyczna Radziejowa z Rogaczami i Eliaszówka. Za nią Wysoka. Doskonale prezentują się Tatry. No i jeszcze Mogielica - królowa Beskidu Wyspowego i pasmo Gorców. Wczesne popołudnie przypomina coraz bardziej o obiedzie. Na szczęście Bacówka nad Wierchomlą jest już na wyciągnięcie ręki. Zasłużony odpoczynek połączony z degustacją potraw własnych oraz tych bacówkowych. A wszystko z cudownym widokiem na najwyższe pasmo Karpat. „Chwilo trwaj” - rzekłby poeta. I my też odkładamy moment wyruszenia o kolejne minuty. Ale słońce jest już coraz niżej. Ruszamy więc w stronę Runku.


    10.11.2012 - Podejście na Pustą Wielką - (fot. Jarosław Zakrzewski)

    W ciągu kilku minut nasze mięśnie powracają do optymalnego stanu. Miarowe tempo i w niecałe pół godziny docieramy na szczyt. Po drodze mamy jeszcze przyjemność spotkania salamandry. Mogło wydawać się, że ten płaz powinien już smacznie spać w oczekiwaniu na mającą nadejść za parę miesięcy wiosnę. Ale salamandry zwykły to robić dopiero w listopadzie, a nawet (przy sprzyjających warunkach) w grudniu. Na Runku rozpoczynamy ostatni etap sobotniego marszu. Szlakiem czerwonym przemieszczamy się w stronę Hali Łabowskiej. Idziemy dość szybko, chcąc "za dnia" przejść jak największy odcinek. Niestety ciemności są szybsze. Taką ewentualność zakładaliśmy od początku i jesteśmy na nią dobrze przygotowani. Wkrótce las rozświetlają jasne punkciki czołówek. Wiatr przybiera na sile, tworząc wraz z bukami i światłem latarek czołowych niepowtarzalną scenerię. A w zasadzie to nawet widowisko typu "światło i dźwięk". Trasa, którą idziemy nie ma dla nas żadnych tajemnic. Wędrowaliśmy po niej wiele razy. I w różnych warunkach. Przed siedemnastą osiągamy cel. Schronisko wita nas przytulnym ciepłem i nastrojowym półmrokiem. To znak, że generator wytwarzający prąd nie został jeszcze uruchomiony. W świetle czołówek zajmujemy dwa największe pokoje. Karolina przynosi informację, że póki co nie możemy spodziewać się ciepłej wody pod prysznicami. Najbardziej zdesperowane osoby sięgają po "mokre chusteczki". Jest też grupa "morsów", zdecydowanych na kąpiel w każdych warunkach. Pierwszym odważnym jest Piotrek. Kiedy przez dłuższą chwilę nie pojawia się, na zwiady rusza Przemek. Wraca za chwilę z wieścią, że woda jednak nie jest ciepła. Ona jest po prostu gorąca. Dzielimy się na pary (są dwie kabiny) i zbiegamy do łaźni. W ciągu paru chwil tworzy się spora kolejka. Oczekujący na ablucje są bardzo niecierpliwi. W sposób werbalny i niewerbalny regulują czas kąpieli, szczęśliwcom stojącym aktualnie pod strumieniami wody. Ich nerwowość wzmaga jeszcze wiadomość przekazana przez gospodarza schroniska, że wkrótce może zabraknąć wody. Ze względu na długotrwałą suszę, prysznice zostały uruchomione dziś po raz pierwszy od wielu tygodni. Nagle w korytarzu słychać znajome głosy. Wisior i Dejw? Przecież pozostali w Tarnowie? To muszą być jakieś halucynacje. A może całodzienny wpływ halnego? W ciągu kilku sekund zagadka znajduje rozwiązanie. W rzeczy samej, to nasi dzielni koledzy. Postanowili przyłączyć się do naszej ekipy. Po czternastej dotarli do Piwnicznej i stamtąd wyruszyli na Łabowską. Cztery godziny wędrowania, parę przygód, i szczęśliwie dotarli do schroniska. Trudy marszu łagodziły im (jak przystało na dobrych turystów) termosy z ciepłymi napojami. Nasze poranne przypuszczenie (a nawet pewność), że jesteśmy już w komplecie, zostało w ten sposób (Drogi Czytelniku) nieco zmodyfikowane.


    10.11.2012 - Na Halę Łabowską docieramy już po zmroku - (fot. Przemysław Klesiewicz)

    W tak zwanym "międzyczasie" zostajemy oświetleni. Czyści i pachnący, powoli gromadzimy się w jadalni, by wspomóc nieco schroniskowy budżet zamawianymi na kolację potrawami. W kominku płoną bukowe szczapy, na stołach nastrój tworzą zapalone świeczki. Miło i bezpiecznie. No może trochę za głośno. Przy stoliku obok duża grupa dzieci, jednej z sądeckich szkół, podobnie jak my zasiada do kolacji. Iwona wykazuje się pedagogicznymi umiejętnościami i za momencik jest już cicho. Po daniach głównych na stołach lądują produkty spożywcze przyniesione przez nas z nizin. To znak, że możemy rozpocząć uroczystości wigilijne Święta Niepodległości. Połączymy je z fetowaniem kolejnej rocznicy urodzin Iwony. Tradycyjne życzenia, prezent i "sto lat". To jednak nie wszystko. W mgnieniu oka Jubilatka może kilka razy sprawdzić dotykiem gładkość sufitu, pozostając w równoległym położeniu w stosunku do niego. Toasty przeplatają pieśni historyczno-patriotyczne. Pojawiają się też te bardziej biesiadne. Za sprawą Wisiora również zwolennicy starego, polskiego rocka mają coś dla siebie. Jak przystało na święto narodowe, dosiadają się do nas turyści z Siedlec i Nowego Sącza. Czas mija szybko, pora na porządki i sen. Generator też "idzie" odpocząć, więc naturalnie schronisko spowijają ciemności. Idealne warunki do spania. A jednak rano niektórzy narzekają na chrapiących współtowarzyszy. I to chyba jedyny nocny dyskomfort.
    W niedzielny, świąteczny ranek wita nas mocny blask najbliższej gwiazdy. Aż chce się wstawać, mimo iż kołyszące się buki informują, że halny jeszcze nie zakończył swojej działalności. Poranna toaleta w łazience, z której widać jak na dłoni dolinę Kamienicy Nawojowskiej, pasmo Koziego Żebra, Czerszli i Tokarni, a także leżący za nim masyw Postawnego i Jaworza jest zjawiskiem wybitnie estetycznym. A gdyby komuś było mało, to jeszcze gdzieś na północnym wschodzie widać Maślaną Górę. W doskonałych nastrojach jemy śniadanie. Wśród zamówionych zestawów przeważają żurki i jajecznica. W zalanych wrzątkiem termosach lądują torebki z herbatą. Szykujemy się do wyjścia. Koledzy z Siedlec wyruszają do Krynicy. Sądeczanie schodzić będą do Łabowej. My żegnamy się z sympatycznym gospodarzem, zostawiając mu na pamiątkę (wraz z obietnicą ponownego przyjścia) oddziałową naklejkę. Sesja zdjęciowa przed schroniskiem jest dowodem na to, że mamy właśnie Święto Niepodległości. Duża narodowa flaga, flagi mniejszych rozmiarów czyli "flażki", zatknięte w plecakach, szaliki w barwach narodowych i takie same czapki. Biel i czerwień. Wiatr sprawia, że możemy poczuć się jak średniowieczni rycerze z łopoczącymi na polu bitwy sztandarami. Rycerze Niepodległej? Niekoniecznie. Ci, jak co roku działają w stolicy. Pracują zarówno rękami i nogami, zasłoniwszy uprzednio twarze przyłbicami kominiarek. Z litości spuśćmy na nich zasłonę milczenia. Nasz marsz jest bez wątpienia dłuższy, "zdrowszy" i mniej "rozrywkowy".


    11.11.2012 - Światecznie i Niepodległościowo na Makowicy - (fot. Janusz Foszcz)

    Przez Wierch nad Kamieniem, Pisaną Halę i Jaworzynę Kokuszczańską dochodzimy do rozstaju szlaków. Tutaj dzielimy się na dwie grupy. Jedna, chcąc odwiedzić po drodze schronisko Cyrla, schodzi w stronę Rytra. Druga (zgodnie z wcześniejszym planem) rusza w stronę Makowicy. Wędruję w tej drugiej. Szybko dochodzimy do wierzchołka Makowicy. Krótka przerwa i idziemy dalej. Na polanach pod Makowicą organizujemy troszkę dłuższy odpoczynek. Jemy ciasteczka, czekoladę, pijemy herbatę. Wszystko wśród wspaniałych, jesiennych widoków oraz równie rewelacyjnych panoram. Wkrótce wchodzimy w las i później idziemy stromym jarem wzdłuż Życzanowskiego Potoku. Sam potok pokonujemy wysokim mostem w miejscu zwanym "Głębokim Jarem". Na leśnej drodze tuż za nim, na sporym odcinku leży kilkadziesiąt centymetrów bukowych liści. Karolina i Iwona "zagrzebują się" w nich, tak, że widać tylko ich głowy. Kolejne kilometry, ostatnie podejście, ostatnie rozległe widoki i dochodzimy do Woli Kroguleckiej. Tutaj raczymy się słodkimi jabłkami w opuszczonym sadzie. Asfaltową drogą schodzimy do Barcic. Nasz marsz dobiega końca. Znowu obyło się bez ofiar. Kilka minut oczekiwania na przystanku i jedziemy autobusem do Nowego Sącza. Tam w kawiarni "Spóźniony Słowik" spotykamy się z "grupą z Cyrli". Czas pozostały do odjazdu do Tarnowa umilamy sobie rozmowami, sącząc piwo, kawę lub herbatę z sokiem malinowym. Wspólnie idziemy na sądecki dworzec PKS. Zajmujemy połowę autobusu relacji Krynica - Kielce. Humory dopisują, więc podróż mija szybko. Tylko nasze myśli (nie wiedzieć czemu) coraz częściej uciekają w stronę Turbacza…

    Janusz Foszcz


    11.11.2012 - W "Spóźnionym Słowiku" w Nowym Sączu - (fot. Przemysław Klesiewicz)

  • 03.11.2012 - Jaworz i Sałasz w Paśmie Łososińskim

    Listopadowy spacer Pasmem Łososińskim.

    Niezaprzeczalną zaletą wycieczek jednodniowych jest bez wątpienia możliwość idealnego „dobrania” odpowiedniej pogody. Tak było również w pierwszą sobotę listopada. Prognozy meteorologiczne były jednoznaczne. To będzie dzień, który wszyscy miłośnicy aktywnego wypoczynku powinni spędzić na zajęciach terenowych. Czy moglibyśmy przegapić taką okazję? My, którzy poruszamy się po górach i górkach bez względu na porę roku i dnia, w słońcu, deszczu, śniegu, błocie, kurzu, wietrze i mgle. Czyli jednym słowem ZAWSZE.
    Przed ósmą bus jest już wypełniony. Nikt się nie spóźnił bo przecież trudno zaspać o takiej porze. Kierunek Pasmo Łososińskie. Nie minęło kilkanaście minut i już… oglądamy Tatry. Puszczają do nas oko już z mostu na Dunajcu w Zgłobicach. To bardzo dobry omen. Bez "międzylądowań" docieramy do Skrzętli-Rojówki. Po drodze "łapiemy" nasz niebieski szlak. Nasz, przynajmniej z dwóch powodów. Po pierwsze prowadzący przecież z Tarnowa na Wielki Rogacz. Po drugie będzie nas dziś prowadził do samej Limanowej. Trochę szkoda nam butów (ścieranie), więc zamiast iść z Justu, po asfalcie przechodzimy tylko fragment Rojówka - Babia Góra.


    03.11.2012 - Skrzętla-Rojówka początek szlaku - (fot. Przemysław Klesiewicz)

    Ta ostatnia to mały przysiółek noszący nazwę od wznoszącej się w pobliżu Babiej Góry. To niższa prawie o 1000 metrów imienniczka Królowej Beskidów. Co zresztą łatwo możemy odczuć, bo za chwilę mijamy jej wierzchołek. Do Diablaka byłoby "trochę" stromiej i trochę dalej. No i może ktoś mógłby się zgubić… A tak nuda i brak adrenaliny. Ale tylko przez chwilę. W komplecie docieramy do leżącej nieopodal polany, z której "powala" nas widok "Taterek". Lekko przyprószone śniegiem, jak pączek cukrem pudrem, prezentują się (by znów nawiązać do porównań kulinarnych) pysznie. Kolejne minuty mijają, a my przesuwamy się powoli z głowami zwróconymi na prawo i wzrokiem uciekającym gdzieś na południe. JEST RADOŚĆ!


    03.11.2012 - Widok na Tatry ze szlaku na Jaworz - (fot. Jerzy Zieliński)

    W oddali (patrząc w kierunku marszu) widzimy Polanę pod Jaworzem i górującą nad nią drewnianą wieżę widokową. Obok zadaszona wiata z miejscem do grillowania. Dobre miejsce na przerwę śniadaniową i częściowe uzupełnienie straconych kalorii. Wizyta na wieży, rodzinne zdjęcie z "flażką" czyli flagą oddziałową, a ponadto herbatki, kanapki i "małe co nieco". Czas na atak szczytowy na Jaworz – najwyższy szczyt Pasma Łososińskiego. Leśna ścieżka przykryta grubą warstwą spadłych z buków liści prowadzi w stronę wierzchołka. Nagie, strzelające w błękit nieba dostojne buki dopełniają fantastyczny późnojesienny krajobraz. Trudno wymarzyć sobie lepsze miejsce na spędzenie listopadowej soboty. W takich "okolicznościach przyrody" stajemy na Jaworzu. Informuje o tym umieszczona przy szlaku tablica. My zaś kontynuujemy nasz marsz i zdobywamy kolejne wierzchołki. Najpierw stajemy na Sałaszu Wschodnim, a chwilę później na Sałaszu Zachodnim. Systematycznie tracimy wysokość. W pewnym momencie docieramy do skrzyżowania szlaków czyli miejsca w którym do szlaku niebieskiego dochodzi zielony szlak prowadzący z Łososiny Górnej. Za znakami niebieskimi skręcamy w lewo i po chwili jesteśmy w przysiółku Molówka. Znowu kawałek "asfaltowania". Mijamy stok narciarski i wyciąg krzesełkowy na Łysej Górze i zaczynamy podejście pod Miejską Górę.


    03.11.2012 - Pamiątkowe zdjęcie obok wieży widokowej pod Jaworzem - (fot. Artur Marć)

    Pasmo Łososińskie zostało za naszymi plecami. Kilka minut i chwilowa zmiana szlaku. Tym razem żółte znaki wyprowadzają nas na szczyt Miejskiej Góry. Wzniesienie to góruje nad Limanową, a na wierzchołku pod koniec lat dziewięćdziesiątych XX wieku ustawiono duży (prawie czterdziestometrowy) metalowy krzyż. Okazją było 2000-lecie chrześcijaństwa. Dolna część konstrukcji wykonana jest z betonu i znajduje się na niej taras widokowy. Nie tylko na położoną w dole Limanową i pobliskie miejscowości. Widać również szczyty Beskidu Wyspowego, Sądeckiego, Gorców i "ząbki" Tatr. Chwila odpoczynku i schodzimy do niebieskiego szlaku. Wkrótce stajemy na ulicy Leśnej, prowadzącej z Limanowej w stronę Miejskiej Góry. Po chwili jesteśmy już w mieście słynącym z bazyliki Matki Bożej Bolesnej.


    03.11.2012 - JEST RADOŚĆ - (fot. Jerzy Zieliński)

    Krótki spacer po Limanowej kończy wspaniały sobotni wyjazd w Pasmo Łososińskie. Docieramy do dworca PKS, gdzie oczekuje już na nas pan Andrzej i czerwony (ale nie ze wstydu) bus. W drodze powrotnej "lądujemy" jeszcze na Orlenie przy lotnisku w Łososinie Dolnej, a potem mkniemy już do domu. Jeszcze tydzień i ruszymy na Halę Łabowską. Trzeba jakoś uczcić Święto Niepodległości. Oj, będzie się działo…

    Janusz Foszcz


    03.11.2012 - Na wieży widokowej pod Jaworzem - (fot. Jerzy Zieliński)

  • 02.11.2012 - Spotkanie przy grobie Patrona Oddziału

    Zaduszkowe spotkanie przy grobie ks. Bogusława Królikowskiego COr

    Jedną z naszych oddziałowych tradycji jest zaduszkowe spotkanie członków i sympatyków tarnowskiego PTT przy grobie patrona Oddziału czyli księdza Bogusława Królikowskiego COr. Najczęściej ma ono miejsce właśnie 2-go listopada.
    Podobnie było również w tym roku. Najpierw zapaliliśmy przyniesione ze sobą znicze, a następnie ksiądz Robert Piechnik poprowadził wspólną modlitwę w intencji ks. Królikowskiego, zmarłych księży z Kongregacji Filipinów oraz wszystkich bliskich i członków naszych rodzin, którzy już od nas odeszli.

    Spotkanie zakończył krótki spacer w jesiennej aurze po tarnowskim Starym Cmentarzu.

    Janusz Foszcz


    02.11.2012 - Zaduszkowe spotkanie przy grobie Patrona Oddziału - (fot. Jerzy Zieliński)

  • Nowe Władze w Szkolnym Kole PTT Nr 1 w Tarnowie

    Walne Zgromadzenie w Szkolnym Kole PTT Nr 1 w Tarnowie

    W środę 24 października 2012 r. w Gimnazjum Nr 4 im. Jerzego Brauna w Tarnowie odbyło się Walne Zgromadzenie Sprawozdawczo-Wyborcze członków działającego przy naszym, tarnowskim Oddziale Szkolnego Koła PTT Nr 1 im. Jana Pawła II w którym miałem przyjemność uczestniczyć w charakterze obserwatora z ramienia Zarządu Głównego Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego. Wydaje się, że niemal "wczoraj" uczestniczyliśmy w spotkaniu założycielskim Koła, a już upłynęła pierwsza, trzyletnia kadencja jego działalności pod przewodnictwem niestrudzonej założycielki, a zarazem opiekunki Koła Beaty Wideł.
    Spotkanie rozpoczęło się od zaprezentowania zgromadzonym sprawozdania podsumowującego działania podjęte w mijającej kadencji po czym przystąpiono do wyboru nowego prezesa Koła, którym jednogłośnie na następne trzy lata została wybrana Beata Wideł. Przed przystąpieniem do wyborów członków zarządu ustalono, iż zostanie on powiększony z trzech osób urzędujących w poprzedniej kadencji do osób pięciu w nadchodzącej (prezes + 4-ro osobowy zarząd), po czym w wyniku głosowania jawnego do Zarządu Koła zostali wybrani: Maciej Pikusa, któremu powierzono funkcję sekretarza, skarbnikiem została Maria Ziajor-Sowa, a członkami zarządu Karolina Smoła, oraz wybrany ponownie Piotr Łącki, który w mijającej kadencji pełnij funkcję skarbnika. Wybór zarządu został przez zgromadzonych przyjęty gromkimi brawami.
    Po zakończeniu części oficjalnej była okazja jeszcze na krótkie spotkanie towarzyskie, pamiątkowe zdjęcia i oczywiście gratulacje dla nowo wybranych członków władz Koła.
    Mnie pozostaje w imieniu władz PTT, Oddziału w Tarnowie oraz swoim podziękować za te trzy bardzo udane lata działalności wszystkim osobom związanym z SK PTT Nr 1, Dyrekcji Szkoły za przychylność okazaną młodzieży oraz opiekunom, a nowym władzom serdecznie pogratulować i życzyć wytrwałości oraz wielu udanych pomysłów na dalszą, mam nadzieję jeszcze owocniejszą działalność Koła.

    Jerzy Zieliński


    24.10.2012 - Walne Zgromadzenie Członków SK PTT Nr 1 - (fot. Maksymilian Truchan)

  • 17.11.2012 - Wieczorny spacer na Górę Św. Marcina

                      .                .                                               .        .      . .                          .                             .                          .                         . 


    Szczegóły dotyczące spaceru znajdują się w odpowiednim temacie na
    >>Forum TMG<<
    tam również przyjmujemy zgłoszenia.

  • 11-12.11.2011 Listopadowy B. Niski czyli włoskie co nieco

    Nadszedł długo oczekiwany przedłużony, listopadowy weekend. W całym kraju organizowano imprezy poświęcone naszemu narodowemu świętu - akademie, bale, biegi, marsze. My też postanowiliśmy mieć mały udział w świętowaniu i dlatego wyjechaliśmy do Wysowej. W planach mieliśmy dwudniowy marsz bezdrożami Beskidu Niskiego. Na swoją imprezę nie zaprosiliśmy żadnych zagranicznych ekip, być może dlatego, że we własnym Towarzystwie czujemy się zawsze bezpiecznie i nie potrzebujemy dodatkowej ochrony ;). Żeby jednak było międzynarodowo (europejsko ;)), sporą część piątkowej trasy wyznaczyliśmy na terenie Słowacji. Skandynawski wyż rozciągający się nad naszym krajem gwarantował świetną pogodę. Listopadowa rześkość w połączeniu z bezchmurnym niebem, tak rzadko spotykanym o tej porze roku nad Polską, zdecydowanie częściej występującym zaś nad Półwyspem Apenińskim (pierwszy włoski akcent). Idealne warunki do pieszego pokonywania kolejnych kilometrów w górach. Co prawda, kiedy świątecznym rankiem opuszczaliśmy Tarnów, niebo było jeszcze dość zachmurzone i wokół snuły się jesienne mgły. Już w okolicach Grybowa promienie słońca rozpromieniły jednak stoki Chełmu oraz nasze oblicza. Na drodze zupełny brak ruchu. Kolejne samochody obserwujemy co kilkanaście minut. W takich okolicznościach przybywamy do Wysowej. Przez następnych parę chwil szukamy ośrodka, w którym mamy zarezerwowany nocleg. Wreszcie jest w zasięgu naszego wzroku. Trzeba tylko przejechać przez Park Zdrojowy. Wysiadamy z busa i wchodzimy do środka. Tym razem nie możemy znaleźć obsługi. Cały obiekt stoi przed nami otworem, ale w nim "ani żywego ducha". W końcu szczęśliwi zostawiamy w dwóch pokojach część bagaży i wyruszamy na szlak.


    11.11.2011 - "Listopadowy Beskid Niski czyli... włoskie co nieco" - (fot. Barbara Kasperek)

    Najpierw docieramy w okolice XVIII wiecznej drewnianej cerkwi w Wysowej. Stamtąd przez chwilę idziemy zielonym szlakiem w stronę przejścia granicznego. Po chwili zmieniamy trasę i wędrując wzdłuż Głębokiego Potoku docieramy do położonej na stokach góry Jawor - łemkowskiej kaplicy. Zbudowana została ona w miejscu maryjnych objawień i do dnia dzisiejszego przyciąga wielu wiernych. W czasie krótkiej przerwy raczymy się gorącą herbatą oraz równie gorącym winem. Następnie dochodzimy do grzbietu i granicy. Bez szlaku kierujemy się w stronę widocznej w dole Cigel’ki. Po drodze stajemy "oko w oko" z liczącym kilkaset sztuk stadem bydła. Na szczęście dominują w nim krowy. Zauważamy tylko jednego byka. Co za ulga. Przez moment czujemy się jak kowboje na prerii. Chociaż doskonale widoczny stąd grzbiet Lackowej z jednej i szczyt Busova z drugiej strony, sprowadzają nas szybciutko do "beskidzkiej" rzeczywistości. W centrum wsi rozdzielamy się. Jurek z Arturem idą obejrzeć białą murowaną cerkiew, a Krzysiek "zwiedzić" Potraviny. Reszta zmierza dziarsko w kierunku Busova – najwyższego wzniesienia Beskidu Niskiego. Po chwili wybuchamy śmiechem. Widok busa z czeską rejestracją (jedynego auta na drodze) sprawia, że wydaje się nam, że dotarliśmy już do Czech. Za moment dochodzimy do osiedla cygańskiego. Zwykle w tym miejscu rozpoczyna się trwający kilka minut atak romskich dzieci, natarczywie domagających się słodyczy bądź drobnych pieniędzy. Tym razem słychać jedynie ujadające psy. Chyba jest już naprawdę po sezonie. Opuszczamy asfalt i wchodzimy w leśną drogę wiodącą pod górę przez bukowy las. Idziemy bez zatrzymywania. Wkrótce docieramy do przełęczy ze znajdującym się na niej (w starej radzieckiej przyczepie) schronem robotników leśnych. Od tego miejsca zaczyna się strome podejście na wierzchołek. Pod szczytem oszronione drzewa. Szron leży też na spadłych liściach. Po godzinie (od opuszczenia centrum Cigel’ki) meldujemy się pod wyznaczającym wierzchołek krzyżem. W dole panorama Wysowej z charakterystycznym budynkiem sanatorium "Biawena". Wpisujemy się do umieszczonej w metalowej skrzynce "Księgi Wejść" i uzupełniamy kalorie w ramach drugiego śniadania. Chłód daje się nam we znaki. Zakładamy kurtki i rękawiczki. Nadchodzą Artur z Krzyśkiem, a potem Jurek. W międzyczasie okazuje się, że kilka osób nieco pomyliło szlak i podchodzi właśnie na Busov od strony… Gaboltova. Szybka akcja ratunkowa (bez polecenia Naczelnika) i po chwili wygrzewamy się wszyscy w nasłonecznionej przecince, ciesząc oczy widokiem Tatr oraz Pasma Jaworzyny Krynickiej.


    11.11.2011 - "Listopadowy Beskid Niski czyli... włoskie co nieco" - (fot. Artur Marć)

    Jeszcze raz stajemy na szczycie Busova, a Krysia chodzi sobie na czworakach pod kijkami. Szczęściara. Właśnie przeszła do historii. Jako pierwsza w "nowożytnych" dziejach Oddziału została przyjęta w poczet członków na górze leżącej  w całości na obszarze innego państwa. Kilka pamiątkowych zdjęć i ogłaszamy odwrót, a za chwilę jesteśmy znowu przy starej przyczepie na przełęczy. Tam żegnamy szlak zielony i leśną drogą schodzimy w stronę Vyšnego Tvarožca. Wkrótce dochodzimy do rozległej polany zwanej Ovsiskiem, skąpanej w promieniach popołudniowego słońca. Przed nami w dole zabudowania Tvarožca, a za nim wzniesienie o nazwie Pohorelà. Jesienne barwy i błękit nieba – "życie czasami bywa znośne". Kierujemy się na północ, w stronę grzbietu i granicy państwa. Dochodzimy do zielonego szlaku. Mijamy zamknięte „na głucho” dawne schronisko. Przed nami ostatnie podejście. Idziemy w górę łąkami w stronę brzozowego krzyża. Przy granicznym słupku na grzbiecie organizujemy postój. Odpoczywamy, a Karol nawet zapada w drzemkę, opierając głowę o ściętą brzozę. Jest ciepło i tak pięknie, że wcale nie chce się nam schodzić. Wreszcie jednak ruszamy w stronę Blechnarki. Wchodzimy do lasu i natychmiast robi się zimno. To listopad daje znać o sobie. Kilkanaście minut później wychodzimy na łąki nad Blechnarką. Znowu „łapiemy” resztki zachodzącego słońca i już jesteśmy na asfalcie. Przydrożny bar-namiot zaprasza serdecznie 1 maja (za rok). Ale my nie będziemy czekać. Wsiadamy do busa i odjeżdżamy na zasłużony obiad. Następne dwie godziny spędzamy w góralskiej karczmie "Dziurnówka" w Wysowej. Na stole pojawiają się koryta głodnych wilków, placki po góralsku, tradycyjne schabowe z kapustą i bez, piersi z kurczaka, golonki i wiele innych "bomb kalorycznych". W szklankach pieni się złocisty napój. W poczuciu dobrze spełnionego obowiązku wracamy na nocleg. Nad nami piękny księżyc w pełni.
    Wieczór jak zwykle… słowno-muzyczny. Przez chwilę jeszcze (dla niektórych) sportowy. We Wrocławiu jedenastka z logo PZPN (czytaj reprezentacja Polski) toczy bój ze Squadra Azzurra czyli reprezentantami Italii (odsyłam do tytułu). Miało być pięknie, a wyszło jak zwykle. 0-2, Franek Smuda jednak nie jest cudotwórcą, Kuba Błaszczykowski sam to może wygrać z… Adamiakową ;). A Artur specjalnie przygotował nawet na okoliczność wrocławskiej victorii stosowny trunek czyli grappę (znowu włoszczyzna). Póki co chowamy ją na sobotę i pozostajemy przy "produktach rodzimych". Karol (dyplomowany barman) ma przygotowaną niespodziankę na bazie soku imbirowego. Wisior po raz kolejny ujawnia talenty wodzireja. Wszystko to powoduje, że spać idziemy dopiero "nazajutrz". Święto Niepodległości ma jednak swoje prawa. W przeciwieństwie do stolicy obywa się bez ofiar, strat, aresztowań i przesłuchań. Czyli jak zwykle.


    11.11.2011 - "Listopadowy Beskid Niski czyli... włoskie co nieco" - (fot. Sebastian Szostak)

    Sobotni poranek budzi nas mocno świecącym słońcem, neapolitańskim niebem i szronem na trawie. Chce się wyjść natychmiast. Najpierw jednak tradycyjna jajecznica. Tym razem całkowicie nietypowa ponieważ robiona własnoręcznie (rękami Asi i Karola). Pani kierowniczka zostawiła nam zgrzewkę jaj, trochę masła i patelnię. No i oddała do dyspozycji kuchnię. Gotujemy, spożywamy, sprzątamy, pakujemy się i wyjeżdżamy. Tylko dwa kilometry – pod OW Zacisze. Potem "kroczymy" zielonym na Kozie Żebro. Tam niespodziewanie oglądamy… TATRY! Tego naprawdę nikt się nie spodziewał. W takich okolicznościach kieliszek grappy pasuje idealnie. Ostre zejście w stronę Regietowa, krótki postój na ściętych bukach w pobliżu studenckiej bazy namiotowej i kolejne podejście. Przed nami Rotunda. A na jej szczycie powstający na nowo z ruin, jeden z najpiękniejszych cmentarzy wojskowych z okresu I Wojny Światowej, dzieło słowackiego architekta Dušana Jurkoviča. Tablica inskrypcyjna tej nekropolii głosi: "Nie płaczcie, że leżym tak z dala od ludzi, a burze nam nieraz we znaki się dały. Wszak słońce co rano wcześniej nas tu budzi i wcześniej okrywa purpurą swej chwały".Kolejny kieliszek grappy, wypity w ciszy za bohaterów. Chwila refleksji i schodzimy łagodną ścieżką wśród bukowego lasu. Potem wychodzimy znów na rozległe łąki nad Zdynią. Poniżej wąska, asfaltowa droga prowadząca ze Smerekowca. Nad nią bardziej ruchliwa wiodąca na przejście graniczne w Koniecznej. Rozsiadamy się na łące tworząc turystyczne "Śniadanie na trawie". Niestety lekki, ale przenikliwy jesienny wietrzyk sprawia, że po konsumpcji nie oddajemy się błogiemu lenistwu, ale maszerujemy w stronę Smerekowca. Za chwilę w oddali dostrzegamy długie białe Iveco z przyciemnionymi szybami. Z dwiema różnymi prędkościami zbliżamy się do siebie. Spotkanie jest nieuniknione. Na wąskiej jezdni trzeba jeszcze zawrócić. Dla pana Janusza nie stanowi to problemu. Zajmujemy miejsca i od razu zaczynamy żałować, że to już koniec. Na szczęście zbliża się grudzień, a wraz z nim…

    Janusz Foszcz


    12.11.2011 - "Listopadowy Beskid Niski czyli... włoskie co nieco" - (fot. Artur Marć)

  • 08-09.10.2011 Bieszczadzka jesień, czyli... lepimy bałwana

    Wszystko wskazywało, że to jakaś klątwa. Kilka tygodni wspaniałej pogody. Kolejne weekendy spędzane w górach. Jeszcze w czwartek jeżdżę w krótkich spodniach na rowerze. Świetnie, przecież w sobotę jedziemy w Bieszczady. To tylko dwa dni. No ale nadchodzi piątek, a wraz z nim zapowiadane załamanie pogody. Jeszcze poranek prezentuje się nieźle, ale potem jest już tylko gorzej. Z zachodu nadciągają granatowe chmury, zaczyna kropić, padać, a w końcu lać. Temperatura spada o kilkanaście stopni. Nerwowe telefony, przeglądanie kolejnych internetowych portali pogodowych. Prognozy nie napawają optymizmem. Jak zwykle w takich przypadkach pojawiają się pierwsze rezygnacje. Wieczorem kolejna ulewa. Kiedy przed północą idę spać deszcz pada w dalszym ciągu… Budzik dzwoni o czwartej. Całkowita ciemność. W pierwszym odruchu otwieram drzwi balkonowe. Cisza, żadnego szumu. Ktoś w niebie jednak zakręcił wodę. Na dole wielkie kałuże, ale kostka chodnikowa zdążyła już lekko przeschnąć. Podnoszę wzrok i pojawia się iskierka nadziei. Tu i ówdzie na mocno zachmurzonym niebie malutkie przejaśnienia.


    08.10.2011 - "Bieszczadzka jesień, czyli... lepimy bałwana" - (fot. Janusz Foszcz)

    O piątej wyruszamy. W busie natychmiast zapada cisza, staramy się uzupełnić "braki snu". Od czasu do czasu sprawdzamy "przez szybę" sytuację. Wszędzie ślady n(m)ocnych opadów. Im bliżej Jasła – tym świeższe. Czyżbyśmy gonili strefę opadów? Przed Krosnem wydaje się to całkiem prawdopodobne bo zaczyna padać. Na szczęście po kilkunastu kilometrach przestaje. W Sanoku przerwa na poranną kawę. Zachmurzenie całkowite, wilgotność duża, ale "duch w narodzie nie ginie". Bieszczady wszak coraz bliżej. W okolicach Leska niczym marynarze Kolumba Amerykę, my odkrywamy… śnieg. Póki co leży on na porastających okoliczne wzgórza drzewach. W Baligrodzie zalega już na łąkach przy drodze. Od Cisnej leży na drodze w postaci błota pośniegowego. Slalomem omijamy pochylone nad jezdnią, pod ciężarem świeżego mokrego śniegu drzewa. Na szczęście jesteśmy jedynym pojazdem w promieniu wielu kilometrów więc ruch odbywa się płynnie. Tymczasem gdzieniegdzie zaczynają się nieśmiało pojawiać skrawki błękitnego nieba. Wreszcie o dziewiątej dojeżdżamy do Smereka. Z jesiennych kolorów dominuje… biel. Chmury podniosły się i wygląda, że przez najbliższe godziny deszcz nam nie zagraża.


    08.10.2011 - "Bieszczadzka jesień, czyli... lepimy bałwana" - (fot. Janusz Foszcz)

    Ruszamy raźnie czerwonym szlakiem. Najpierw chwilę asfaltem, potem polną drogą wśród przysypanych śniegiem łąk i pól. Z drzew leci na nas topniejący śnieg. Czyli jednak coś pada. Nieśmiało zaczyna się przebijać słoneczko, robi się coraz cieplej więc i opady są coraz mocniejsze. Niektórzy zakładają nawet kurtki. Systematycznie zdobywając wysokość podchodzimy pod Fereczatą. Na szczycie krótki postój. Kilka centymetrów topniejącego śniegu stwarza dobre warunki do lepienia jesiennego bałwana. Widoki zupełnie przyzwoite, a biorąc pod uwagę ostatnie kilkanaście godzin, to wprost rewelacyjne. Idziemy na Okrąglik. Po drodze spotykamy inną tarnowską grupę turystyczną. Idą od Przełęczy nad Roztokami. Do Okrąglika mamy więc "przetarte". Mocny wiatr przegania chmury. Raz błękit, raz "mleko". Niestety na słynącym z niepowtarzalnych widoków Jaśle wypada to drugie. Z panoram nici. Ale i tak nie możemy narzekać. Znowu pojawia się słońce. Mijamy Małe Jasło. Halinka rozpoczyna grzybobranie. Rydze i opieńki wyciągane wprost spod śniegu. Na chwilę zatrzymujemy się przy pomniku postawionym w miejscu katastrofy śmigłowca w styczniu 1991 roku. Piotrek popędził dalej i jest już w Cisnej. Już się rozgrzewa, a przy okazji grzeje nam miejsca w "Siekierezadzie". Nam się nie spieszy więc to kultowe bieszczadzkie miejsce osiągamy pół godziny później. Smakujemy miejscowy piwny specjał wśród rzeźb i zakapiorów, a potem przenosimy się do Bacówki pod Honem. Tuż obok niej stoi dumnie nasz bus. Pan Janusz jak widać nie przepada za przemieszczaniem się pieszo. Zwłaszcza z bagażem, bo spacer do centrum Cisnej i z powrotem jednak odbył.


    09.10.2011 - "Bieszczadzka jesień, czyli... lepimy bałwana" - (fot. Janusz Foszcz)

    Rozmieszamy się w trzech pokojach i przystępujemy do czynności higieniczno – spożywczych. Potem tradycyjne pogadanki (tym razem mieścimy się wszyscy przy jednym naprawdę długim stole) połączone z zespołowym opowiadaniem dowcipów. Obyczajowych, przyrodniczych, szkolnych, politycznych (niekoniecznie poprawnych), lekkich, cięższych i super ciężkich. O dziesiątej przenosimy się do pokojów, gdzie (z zachowaniem obowiązującej ciszy nocnej, która w tym dniu jest również wyjątkowo ciszą wyborczą) następuje nieco dłuższe przygotowanie do snu. Jeszcze przed północą przyjmujemy pozycję horyzontalną w śpiworach. Niedzielny zamglony ranek rozpoczynamy Mszą Świętą. Po niej jak zwykle czas na jajecznicę. Tym razem nie na kiełbasie ale na rydzach (Halinki). Parę minut po dziewiątej opuszczamy bacówkę. Dziś zaplanowane mamy przejście fragmentu Wysokiego Działu znanego też jako pasmo Wołosani i Chryszczatej Poranny chłód zostaje momentalnie zredukowany ostrym podejściem (wzdłuż wyciągu) na Hon. Rozgrzani wędrujemy dalej, jesiennym lasem bukowym. Wczorajszy śnieg zdążył już spaść z drzew, więc nie mamy dodatkowego prysznica. To lepiej ponieważ mgła i wiatr sprawiają, że dzisiaj nie byłoby to przyjemne. Jest zimno i ponuro. Zakładamy czapki i rękawiczki. Po dwóch godzinach osiągamy niedzielną kulminację czyli Wołosań. Po kilkunastu minutach marszu docieramy do przełęczy (oznaczonej na mapach jako przełęcz 920 m) i szlakiem czarnym kierujemy się w stronę Kołonic. Jeszcze kilka kilometrów i dotrzemy do cywilizacji. Po drodze mijamy "ośrodek" wypalania węgla drzewnego i nawiązujemy telefoniczny kontakt z "busem". Droga powrotna mija bardzo szybko. Ruch jest minimalny. Po szesnastej jesteśmy w Tarnowie. Idealna pora by wracając do domu spełnić jeszcze swój obywatelski, wyborczy obowiązek, a także przygotować się psychicznie do kolejnego poniedziałku "na nizinach".

    Janusz Foszcz


    09.10.2011 - "Bieszczadzka jesień, czyli... lepimy bałwana" - (fot. Janusz Foszcz)

  • 22.10-12.11.2010 Tarnowianie w Himalajach

    Nasza wyprawa w Himalaje Nepalu przeszła już do historii. Po dwudziestu czterech dniach powróciliśmy do Tarnowa. Pobyt w Nepalu trwał 21 dni. Część  trekkingową udało nam się zrealizować w ciągu 16 dni (czyli o dwa dni szybciej niż planowaliśmy). W jej trakcie przeszliśmy wokół masywu Annapurny z doliny Marsyandi do doliny Kali Gandaki przez przełęcz Thorung La położoną na wysokości 5416 m n.p.m. Wędrówkę rozpoczęliśmy w miejscowości Besi Sahar (760 m n.p.m.), a zakończyliśmy w Tatopani (1190 m n.p.m.). Dzięki temu przeszliśmy przez kilka stref klimatyczno - krajobrazowych (od tropiku do wysokogórskiej). Ze świata hinduizmu występującego na nizinach przenieśliśmy się do panującego zdecydowanie wyżej świata buddyzmu, a dokładniej jego tybetańskiej odmiany czyli lamaizmu. Trasa naszej eskapady prowadziła przez cztery dystrykty: Lamjung, Manang, Mustang i Myagdi. Dodatkowo w czasie trekkingu kilkakrotnie opuszczaliśmy główny szlak, docierając m.in. do jeziora Ice (4800 m n.p.m.), jeziora Tilicho (5000 m n.p.m.) - jednego z najwyżej położonych jezior świata, a także do lodowca schodzącego z północno-wschodniego zbocza Dhaulagiri. Czterokrotnie przekraczaliśmy wysokość 5000 m n.p.m. Czas wyprawy zbiegł się z obchodzonymi w Nepalu pięciodniowymi świętami Tihar, drugimi pod względem ważności świętami religijnymi tego państwa. Umożliwiło nam to poznanie miejscowych zwyczajów z nimi związanych. W miejscowości Marpha uczestniczyliśmy nawet w Święcie Tańczącego Lamy.

    W dolinie Kali Gandaki zwiedziliśmy Muktinath - święte miasto zarówno buddystów jak i hinduistów. Znajduje się w nim zespół świątyń obydwu religii a w ich pobliżu 108 źródeł wody używanej zarówno do picia jak i rytualnych kąpieli.


    02.11.2010 - High Base Camp - (fot. Bogusław Furtek)

    W zasadzie przez cały czas towarzyszyła nam znakomita pogoda i bezchmurne niebo. Tylko jednego dnia Himalaje ukryły swoje oblicze za niskimi chmurami i sypiącym śniegiem. Sprzyjające warunki pozwoliły nam napawać się wspaniałymi widokami. Mieliśmy możliwość obejrzeć z bliska dwa ośmiotysięczniki: Annapurnę i Dhaulagiri, a z nieco dalszej odległości trzeci - Manaslu. Ponadto oglądnęliśmy sporą ilość niższych szczytów, wśród których warto chyba wymienić: Lamjung, Ganggapurnę, Nilgiri, Roc Noir i Machhapuchhre. Pozostałe dni (naszego pobytu w Nepalu) upłynęły nam na przejazdach a także na zwiedzaniu Pokhary i Kathmandu. Szczęśliwie uniknęliśmy kłopotów aklimatyzacyjnych i zdrowotnych. Do kraju przywieźliśmy jednak "o parę kilo obywateli mniej".

    Nasz wyjazd związany był z 680 rocznicą lokacji Tarnowa i objęty został honorowym patronatem Prezydenta Miasta - Pana Ryszarda Ścigały. Wsparcia finansowego udzieliły nam: Urząd Miasta Tarnowa oraz firma Wialan i firma CP Trade. Za okazaną pomoc jeszcze raz serdecznie dziękujemy.

    Janusz Foszcz


    06.11.2010 - Dhaulagiri Ice Fall - Widok na Nilgiri - (fot. Janusz Foszcz)

  • 14-15.11.2009 Listopadowy Beskid Sądecki

    Kolejny weekend w górach. Dwa dni i dwa różne światy. W sobotę piękna, słoneczna jesień, choć wyżej to w sumie taka wczesna wiosna. W sam raz na "spacerek" z Łącka do Szczawnicy. Najpierw forsowanie Dunajca (promem), a potem Okrąglica, Koziarz, Jaworzynka, Dzwonkówka... Wspaniałe panoramy we wszystkich kierunkach, topniejący śnieg, rewelacyjne grzańce (ach ten imbir) oraz muzyka w Schronisku pod Bereśnikiem i nocne (w blasku czołówek i gwiazd) zejście do uzdrowiska nad Grajcarkiem. Fasolka po bretońsku, pogaduchy, sen, i... zamglona niedziela z deszczem. No może nie wieloskalowym, ale ciągłym. O panoramach możemy zapomnieć, ale i tak podejmujemy decyzję - jedziemy do Jaworek. Tutaj też mleko i opad ciągły. Szybki marsz w mokrej brei, buty stają się coraz cięższe chociaż na szczęście... nie ukurzone. No i nie ma much! Mijamy Jasielnik, Ruski Wierch, Pokrywisko. Tym razem widoków brak (dobrze, że pamięć nam nie szwankuje). W nagrodę w Bacówce na Obidzy czekają na nas Przyjaciele, którzy wykorzystując znakomite warunki postanowili przyjechać do nas z Tarnowa, wyjść z Kosarzysk, by wspólnie spotkać sie z "burmistrzem" i nie tylko. Rezygnujemy z dotarcia do Piwnicznej przez Eliaszówkę, schodzimy razem na parking w Kosarzyskach i szybciej niż planowaliśmy meldujemy się w domach.
    Na szczęście już niedługo Mikołajki, więc tradycyjnie spotkamy się na Turbaczu. Mam nadzięję, że w komplecie!

    Janusz Foszcz


    14.11.2009 - Zachód Słońca na Bereśniku - (fot. Janusz Foszcz)

Współpraca

 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
 
 
 

RABATY DLA CZŁONKÓW

Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama