13-14.03.2010 Przedwiośnie (?) w Beskidzie Niskim

To z całą pewnością może być nasza kolejna tradycja – "Poszukiwanie śladów nadchodzącej wiosny w Beskidzie Niskim". W ubiegłym roku na Magurze Małastowskiej połączyliśmy ją z obchodami Dnia Kobiet, w tym świętowaliśmy XX-tą rocznicę "osiemnastki" Piotrusia B. Z poszukiwania wiosny wyszły w obydwu przypadkach nici i właściwie wyjazd (zwłaszcza tegoroczny) powinien nazywać się "Śródzimie w Beskidzie Niskim". Ale po kolei…
Znowu sobotni, pochmurny i śnieżny poranek. Mimo tego wszyscy uczestnicy jak przystało na nasze oddziałowe hasło: "…bez względu na porę roku, dnia i stan pogody…" stawiają się na zbiórce (oczywiście odpowiednio do warunków wyekwipowani). W dobrych humorach wyruszamy busem w kierunku Tuchowa. W Burzynie (planowo) ekipa powiększa się o trzy kolejne osoby. Przez Ciężkowice, Gorlice, Sękową docieramy do Ropnicy Górnej. Stąd jadąc cały czas za traktorem pełniącym rolę pługu śnieżnego dojeżdżamy do Bartnego. A śnieg prószy cały czas. Pierwsza niespodzianka czeka nas tego dnia już przy sklepie w Bartnem. Okazuje się bowiem, że jest on od kilku miesięcy nieczynny, pomimo towaru zalegającego na półkach. Cóż, to dowód na to, że musimy być już jednak w Beskidzie Niskim. Po znalezieniu miejsca parkingowego dla busa, maszerujemy do Bacówki PTTK. Tutaj kolejne niespodzianki. Zasypane śniegiem schody zapraszają do wejścia. W środku "przytulnie": wygaszony kominek w jadalni i pokoje, w których temperatura z pewnością oscyluje koło 8 stopni. Nam to jednak nie przeszkadza, gdyż w planach mamy teraz kilkugodzinną wycieczkę. Zamawiamy obiadokolację, zostawiamy śpiwory i wyruszamy
.


14.03.2010 - Przedwiośnie (?) w Beskidzie Niskim - (fot. Janusz Foszcz)

Najpierw wędrujemy czerwonym szlakiem do Wołowca. Szlak jest oczywiście nieprzetarty i w pewnym momencie znika nam z oczu. Wykorzystując mapę i umiejętności topograficzne po kilkunastu minutach odnajdujemy go na nowo w Wołowcu. Teraz podążamy do cerkwi i znajdującego się obok, starego łemkowskiego cmentarza. Po kilku minutach odpoczynku ruszamy dalej szlakiem żółtym w stronę Banicy. Zaczynają się intensywne opady śniegu. Idzie się ciężko, ale cały czas do przodu. W pewnym momencie na naszej trasie pojawia się gospodarstwo agroturystyczne „Gościniec”. Korzystamy z zaproszenia do wejścia i już po chwili pijemy kawę i herbatę w towarzystwie miłej gospodyni i jej kotów. W dużej jadalni jest ciepło, pali się kominek i nie mamy wcale ochoty opuszczać tego miejsca. Postanawiamy wrócić tu w przyszłości. Póki co jednak opuszczamy „Gościniec” i zbaczamy ze szlaku by zobaczyć pomnik 7 polskich lotników "Liberatora" zestrzelonych w lipcu 1944 r. (tak wynika z mapy i przewodnika). Na miejscu okazuje się, że to "Halifax". Nie zgadza się też data zestrzelenia (ze stosownej tablicy dowiadujemy się, że było to w sierpniu). Przed nami ostatni etap sobotniej wędrówki. Szlakiem niebieskim docieramy do bacówki. Śnieg pada cały czas (mocniej lub słabiej). W bacówce czeka na nas Karolina i ciepłe grzejniki w pokojach. W czasie obiadokolacji pojawia się również ogień w jadalnianym kominku. Niestety przez nieszczelne okna wpada chłód i dlatego imprezę rocznicową przenosimy do pokoju. Na stołach pojawiają się wszelakie dobra. Szanowny jubilat otrzymuje najpierw czekoladowo-owocową niespodziankę, by chwilkę później otrzymać właściwy prezent… Ciekawskim podpowiem, że jest to jeden z atrybutów Wiesława Michnikowskiego (Jej Ekscelencji) z pamiętnego filmu "Seksmisja". Ponieważ nazajutrz czeka nas kolejna porcja "zabaw w śniegu" jeszcze przed północą wszyscy meldują się w łóżeczkach. Niektórzy na śpiwory nakładają jeszcze bacówkowe kołdry. Zimowe poranki w schroniskach potrafią czasem zaskoczyć, a nie wszyscy mają ochotę na krioterapię.


14.03.2010 - W Rezerwacie Przyrody "Kornuty" - (fot. Janusz Foszcz)

Ranek nie budzi nas błękitem lecz szarością. Za oknem wiatr i śnieg. Po śniadaniu, zgodnie z planem kierujemy się w stronę Magury Wątkowskiej. Śniegu dopadało kilkadziesiąt centymetrów i czeka nas żmudne przecieranie. O dziwo, nikt nie narzeka na zimno, raczej co chwila ścieramy pot z czoła. Na Magurze nasze grono oficjalnie powiększa się o kolejną osobę. Tym razem zieloną legitymację "Dobrego Towarzystwa" dumnie dzierży Wiesiek. A przed nami kolejne zaspy i Wątkowa. W końcu docieramy do rezerwatu "Kornuty". Tutaj wita nas ogromna sowa i baraszkująca w śniegu… mysz. To wcale nie fatamorgana, ani zmęczenie, lecz rzeczywistość. Z uwagi na panujące warunki zmieniamy plany i zamiast do Wapiennego, schodzimy do Bartnego wprost do oczekującego nas busika. Zima, która towarzyszyła nam od dwóch dni, nieoczekiwanie kończy się w okolicach Gorlic. Oglądamy resztki śniegu i w końcu jest tak jak być powinno – im dalej od górek, tym mniej białego puchu. W tym sezonie zimowym to jednak dopiero pierwszy taki przypadek (zwykle było na odwrót).
Po drodze zatrzymujemy się jeszcze w Tuchowie na mszy w kościele pw. św. Jakuba Apostoła. Gdy ruszamy na ostatni odcinek towarzyszą nam granatowe chmury. Tarnów wita nas ulewą. Czyżby w ten sposób już na dobre żegnała się z nami zima?

Janusz Foszcz

1 % DLA PTT

 

Współpraca

 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
 
 
 
 
 

RABATY DLA CZŁONKÓW

Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
 

Ultimate Facebook Like Box Slider