13-14.10.2012 - Jesienne Bieszczady

Jesienne Bieszczady czyli jak to z tęsknotą do żony było...

Jedną z naszych oddziałowych tradycji stał się październikowy wyjazd w Bieszczady. Ponieważ te położone na południowo-wschodnich krańcach naszego kraju góry mają wielką rzeszę admiratorów, również na tegoroczną „dwudniówkę” zgłosiło się wyjątkowo dużo chętnych. Lista uczestników błyskawicznie się zapełniła. Dla kolejnych „spragnionych” wędrówki jesiennymi połoninami pozostawało jedynie miejsce na rezerwie. W ciągu kilkunastu dni okazało się jednak, że część osób (jak to zwykle bywa) musiało zrezygnować więc szczęśliwie „nikt nie musiał się obejść smakiem”. Tym bardziej, że i pogoda zdawała się wyjątkowo sprzyjać. W piątek czyli w wigilię wyjazdu warunki meteorologiczne były wprost idealne do wyruszenia na górskie szlaki. No ale wtedy podnosiliśmy jeszcze PKB, spoglądając z tęsknotą za okno, a może nawet modląc się, by zapowiadany front atmosferyczny (zbliżający się od zachodu) zatrzymał się lub spowolnił swoje przesuwanie.
Gwiaździste (jeszcze przed północą) niebo napawało optymizmem. Kilka godzin snu i pora ruszać na miejsce zbiórki. Jest ciepło, ale po gwiazdach nie ma już śladu. Niebo zasnuwają jednak chmury. Jak duchy pojawiają się przed hotelem „Tarnovia” kolejne osoby obciążone plecakami, znad których jak anteny dawnych telefonów komórkowych wystają kije trekkingowe. Tym razem „oddziałowy” bus nawiązuje do tradycji szwajcarskich kolei i zjawia się punktualnie. Witamy „braci ze wschodu” i mkniemy w stronę… Krakowa. Jeszcze jeden przystanek i jesteśmy w komplecie. Zmieniamy kurs i ścieżkę. Za oknami busa głęboka noc, słońce rozpocznie (taką mamy nadzieję) swoją działalność za niespełna dwie godziny. Gdzieś między Brzostkiem, a Kołaczycami spadają na nasze szyby pierwsze krople deszczu. Czyżby prognozy miały się sprawdzić? Mamy nadzieję, że schowamy się przed nimi w Bieszczadzkim Worku.
Krótki postój w Sanoku. Pogoda bez zmian. Też zaczyna kropić. Wydaje się, że podobnie jak kometa ogon, my ciągniemy za sobą chmury z opadami. Mijamy Lesko i decydujemy, że tym razem w rejon Stuposian dojedziemy wariantem przez Ustrzyki Dolne. Im bliżej celu jesteśmy, tym warunki wydają się lepsze. Krótki postój przed sklepem spożywczym w Czarnej i za chwilę zjeżdżając do Lutowisk podziwiamy z drogi panoramę Wysokich Bieszczad z Ostrego. Wysoki pułap chmur cieszy nas niezmiernie. W Stuposianach wjeżdżamy w znaną już kilku uczestnikom drogę do Mucznego. Od czasów pułkownika Doskoczyńskiego niewiele się tutaj zmieniło. Uwaga ta z pewnością nie dotyczy asfaltu. Z roku na rok upodabnia się coraz bardziej do szwajcarskiego (znowu odwołanie do kraju Wilhelma Tella) sera. Pojawiające się nagle latarnie zwiastują bliski koniec podróży. Mijamy dawny ośrodek rządowy (obecnie hotel Muczne), skręcamy w prawo i po kolejnych dwustu metrach jesteśmy na miejscu. Punkt informacyjno-kasowy BdPN-u, pełniący zarazem funkcję sklepu spożywczego, zamknięty na głucho. Nie podniesiemy zatem wpływów budżetowych Parku.


13.10.2012 - Muczne - początek szlaku na Bukowe Berdo i Tarnicę - (fot. Artur Marć)

Przepakowujemy plecaki patrząc na grań Bukowego Berda lub jak kto woli Połoniny Dźwiniackiej. Delikatny deszczyk nie jest w stanie zmącić naszej radości. Większość nie zakłada nawet kurtek. Wspólne zdjęcie jest tradycyjnie sygnałem do startu. Jak bywa to w czasie naszych górskich wycieczek, dzielimy się na kilka grup, idących swoim tempem. Do tej pory bowiem nie wypracowaliśmy prędkości marszu, która odpowiadałaby wszystkim. Ale nikomu to (wydaje mi się) nie przeszkadza. Pięknym bukowym lasem, ścieżką pokrytą spadłymi liśćmi wędrujemy w stronę Bukowego Berda.
Początek łagodny więc dobrze wchodzimy w rytm. Z biegiem czasu ścieżka staje się bardziej stroma. Wkraczamy na teren BdPN o czym informuje nas stosowna, czerwona tablica. Wkrótce opuszczamy las i stromym trawiastym zboczem pniemy się do bliskiej już grani. Po drodze mijamy kilka odpoczywających osób z innej eskapady.
My zatrzymujemy się dopiero na grzbiecie, czekając na kolejnych przyjaciół. Widoki bardzo, bardzo przyzwoite. Gdzieś za nami w dole Muczne, z charakterystyczną sylwetką hotelu, na wprost Połonina Caryńska i fragment Wetlińskiej. Widać też i Rawki i Otryt (z różnych stron oczywiście). Ale najpiękniejszy widok stanowi grań Bukowego Berda z wyłaniającą się zza niej Kopą Bukowską. Niebo zachmurzone w stopniu umiarkowanym. Gdzie niegdzie potworzyły się małe błękitne oczka. W ruch idą aparaty fotograficzne. Wyciągamy termosy i cieszymy się życiem. A po chwili maszerujemy już grzbietem. W oddali ukazuje się Krzemień i Tarnica. Na ich zboczach małe białe plamki. To pozostałości z pierwszego (sprzed kilkunastu dni) tegorocznego ataku zimy. Długi, czerwony (przeważnie) wąż rozciąga się na grani. Liczne wychodnie skalne zachęcają do chwilowego choćby zatrzymania i sycenia wzroku. Bieszczadzkie buki zaczęły już nabierać rdzawo-brązowych kolorów ale do „pełni” jesieni brakuje jeszcze pewnie kilkunastu dni. Nie martwimy się tym zbytnio stojąc na najwyższym wzniesieniu grzbietu Bukowego Berda. Czas ruszać w stronę Tarnicy. Najpierw schodzimy na Przełęcz Goprowską i próbujemy zewrzeć znowu swoje szeregi. Darek wyciąga spory pojemnik z ciastem. Niczym puchar przechodzi z rąk do rąk, szybko tracąc swą zawartość. Mimo iż do siedemnastej jeszcze ponad pięć godzin, pijemy herbatę i coś jeszcze („ co by ciasto nie pomyślało, że trafiło do układu pokarmowego czworonożnych przyjaciół”). Kiedy wszyscy są już nasyceni, a w oddali widać „Wielką Czwórkę” (czyt. Włóczykijów, zmierzających po ostatni wierzchołek brakujący do skompletowania Korony Gór Polski) zaczynamy atak szczytowy.


13.10.2012 - Darkowe "słodkości" na Przełeczy Goprowskiej - (fot. Przemysław Klesiewicz)

Zwarty początkowo „wąż” trochę się rozciąga, by znowu stworzyć całość na najwyższym szczycie polskiej części Bieszczadów. W różnych konfiguracjach ustawiamy się do zdjęć. Nasz pobyt na wierzchołku skracają nadciągające od strony Szerokiego Wierchu chmury. Zaczyna kropić i wzmaga się wiatr. Jest nadzieja, że przegoni chmury. I tak też się staje. Kiedy wędrujemy grzbietem Szerokiego Wierchu, chmury są już daleko od nas. Kurtki znowu znajdują miejsce w plecakach, a słońce sprawia, że kilku „gorącokrwistych” maszeruje w koszulkach z krótkim rękawem. Po drodze znaczymy szlak oddziałowymi wlepkami. Galon pędzi w stronę Ustrzyk Górnych, przyciągany przez „lane” niczym ćma przez ogień. Pozostali kroczą po jego śladach. Gdzieś na Tarnicy grupa „Włóczykijów” celebruje swoją „koronację”.
W Ustrzykach uzupełniamy utracone kalorie, a Artur z Krzyśkiem - kolegą z mieleckiego oddziału PTT, decydują się jeszcze na zaliczenie Połoniny Caryńskiej i bezpośrednie zejście do bacówki pod Małą Rawką na nocleg. Krzysiek mimo iż debiutuje na naszej oddziałowej wycieczce, stara się maksymalnie wykorzystać dzień. Kiedy kończymy „zajęcia konsumpcyjne”, w okolicach busa pojawia się „Wielka Czwórka”. Cóż za synchronizacja czasowa. Podjeżdżamy na Przełęcz Wyżniańską, zabieramy bagaże (również te „caryńskich łączników”) i powoli ruszamy w stronę bacówki. Szybkie zakwaterowanie i… kąpiel, na którą decydują się naprawdę nieliczni (czyt. morsy). Otóż tydzień wcześniej w bacówce zdarzył się pożar, w wyniku którego spaleniu uległa kotłownia. Stąd też woda jest „ino zimno” (to jak z tym wrzątkiem w tatrzańskiej „Betlejemce”). Więc morsy idą do kriokomory (czyt. pod prysznic), a pozostali decydują się na „mokre chusteczki” lub też robią sobie „dzień dziecka”. W tzw. międzyczasie dołączają do nas zdobywcy Caryńskiej. Po osiemnastej zaczyna się schroniskowe przyjęcie urodzinowe Karoliny. Gromkie „sto lat” unosi się w jadalni kilkakrotnie. A potem jak zwykle rozmowy na tematy wyżynne i górskie, wspominki i plany okraszone wszelakim jadłem i napitkiem (tutaj wybór trochę mniejszy, z wiadomych powodów). Brakuje tylko „Włóczykijów”. Widać swój sukces wolą celebrować we własnym gronie. A szkoda, bo zawsze była okazja do jeszcze jednego toastu. Ale nie ma się co dziwić. Wszak Bieszczady (póki co) należą do Polski, a nie do Gruzji więc i liczba toastów (specjalność gruzińska) musi być ograniczona. Choć swoją drogą Drogi Zbyszku…, ale okazja do rehabilitacji jeszcze pewnie się znajdzie…


13.10.2012 - I ślad po nich pozostał - (fot. Artur Marć)

Dzięki temu już przed północą przenosimy się do pokojów i wcale nie w celu kontynuowania tak miłej nocy. Powód jest bardziej prozaiczny. Ta doba była i tak wyjątkowo pracowita, więc przed trudami niedzieli trzeba się zregenerować. W efekcie o siódmej jesteśmy na nogach. Krótka toaleta poranna i wędrujemy do busa. Ale nie na parking na przełęczy tylko znacznie bliżej. Pan Janusz postanowił bowiem oszczędzić nam schodzenia z niepotrzebnymi bagażami i wyjechał (na wstecznym!!!) prawie pod bacówkę. Po krótkiej rozgrzewce, zniecierpliwieni czekamy na otwarcie bufetu. Uważni czytelnicy naszych relacji zwykle czytają w tym miejscu o mszy świętej i niedzielnej jajecznicy. Z powodu braku (na bieszczadzkiej wycieczce) osób duchownych, tym razem zrealizowaliśmy wyłącznie drugą część niedzielnej, schroniskowej tradycji. W doskonałej formie przed dziewiątą jesteśmy gotowi do wyjścia. Galon, Tomek i Agata wybiorą się na Połoninę Wetlińską idąc z Przełęczy Wyżniej, reszta zgodnie z ustaleniami uda się na Rawki i Kremenaros. I wtedy okazuje się, że „Włóczykije” póki co odpuszczają wyjście (czyżby za długie świętowanie „korony”) i będą jeszcze chłonąć atmosferę bacówki. Są też zdziwieni, że tak szybko chcemy wracać do domu. Oni chłonęliby Bieszczady do późnego popołudnia. My jednak mamy zobowiązania rodzinne. I nie tylko (ale o tym napiszę jeszcze pod koniec relacji). Pojawia się jeszcze jeden problem. „Włóczykijom” zawieruszyła się gdzieś jedna para kijków. Trzeba je odnaleźć przed naszym wyjściem. Na szczęście poszukiwania kończą się sukcesem. Wspólne zdjęcie przed bacówką jest jak strzał startera. Ruszamy…
Wyjątkowo szybko (nie ma jak długi, regeneracyjny sen) wychodzimy na Małą Rawkę. Wita nas mocny wiatr. Zakładamy kurtki, czapki i rękawiczki. Kolejna oddziałowa wlepka znajduje swoje miejsce na bieszczadzkim szlaku. Parę fotek i dalej w drogę. Po chwili „powtórka z rozrywki” na Wielkiej Rawce. Schodzimy lekko w dół i w stronę Kremenarosa wędrujemy wzdłuż polsko-ukraińskiej granicy. Prowadzą nas (który to już raz tutaj) biało-czerwone i żółto-niebieskie słupy graniczne. Dzięki temu nawet osoby idące tędy pierwszy raz wiedzą (patrząc na numery słupków) ile pozostało jeszcze do szczytu. Las daje osłonę przed wiatrem, więc znów plecaki stają się cięższe, za to na nas mniej ubrań. Prawie w mgnieniu oka stajemy na styku granic: Polski, Ukrainy i Słowacji (zarazem najdalej wysuniętym na wschód punktem tego kraju). Dodatkowo i niespodziewanie pojawia się jeszcze akcent „fiński”. Granitowy obelisk jest świadkiem życzeń składanych znajdującym się pośród nas nauczycielom. Obchodzą przecież dzisiaj swoje święto. W związku z tym znowu mamy jeszcze elementy gruzińskie (ach te toasty). I zamiast Trójstyku robi się Pięciostyk. Posileni czekoladą, radośni (to endorfiny z czekolady) wracamy z powrotem na Małą Rawkę. Tym razem na grzbiecie czeka na nas mgła, którą silny wiatr rozwiewa jeszcze przed dotarciem do skrzyżowania szlaków na Małej Rawce. Teraz pozostaje nam już tylko zejście przez Dział do Wetliny. Szlak bardzo widokowy dzięki licznym, porośniętym krzakami borówek polanom.


13.10.2012 - Zejście z Tarnicy - (fot. Janusz "Galon" Foszcz)

Na jednej z nich spotykamy „Włóczykijów”. „Grupa Galona” w tym samym czasie przebywa w okolicy Przełęczy Orłowicza. Ponieważ mamy jeszcze parę kilometrów do przejścia, na jednej z polan robimy dłuższą przerwę. W ciągu godziny dochodzimy do drogi prowadzącej z Ustrzyk do Wetliny. Z każdą chwilą na niebie jest coraz więcej błękitu. Październikowe słońce przygrzewa mocno. Nawiązujemy kontakt z Galonem. Też jest już w Wetlinie. Wraz z Agatą i Tomkiem uzupełnia kalorie w „Starym Siole”. My nie mamy takiej możliwości. Ale odpoczywamy przy busie czekając na zamykających pochód „Włóczykijów”, którzy po zejściu wyrażają po raz kolejny swoje niezadowolenie z tak wczesnej pory powrotu. Pojawia się wątek dobrego męża i tęskniącej żony oraz dziatek. A przecież to niejedyny (chociaż dla mnie osobiście ważny) powód. Za parę godzin część z nas chce dopingować w „Jaskółczym Gnieździe” tarnowskich żużlowców walczących o Drużynowe Mistrzostwo Polski. A jeszcze inni pewną część niedzieli zwykli poświęcać Stwórcy. Fakt, że na połoninach mamy do Niego bliżej, ale niektórym to jednak nie wystarcza. A pozostają jeszcze Ci, którzy muszą dojechać z Tarnowa kilkadziesiąt kilometrów do swoich miejsc zamieszkania. Warto to czasem wziąć pod uwagę, zanim zacznie się ferować wyroki. Bo niepotrzebnie można kogoś skrzywdzić. Zwłaszcza, że w naszych sercach góry zajmują czasem tyle samo miejsca co rodzina i przyjaciele. Poświęcamy im praktycznie każdą wolną chwilę, ale nie możemy poświęcić wszystkiego. Góry powinny łączyć ludzi, a nie dzielić. I jest w nich tyle miejsca, że starczy dla wszystkich.
Wsiadamy do busa i żwawo (nie licząc dwóch krótkich postojów) mkniemy do Grodu Leliwitów. Tym razem jedziemy przez Cisną, Komańczę, Duklę i Jasło. Pogoda i widoki jak marzenie. Brak ruchu powoduje, że tuż przed osiemnastą jesteśmy w granicach administracyjnych Tarnowa. Kolejny piękny weekend w górach przechodzi do historii.

PS. Nasi żużlowcy zdobyli złote medale więc wieczorem mieliśmy jeszcze trochę sportowej radości...

Janusz "Franek" Foszcz


14.10.2012 - Na szczycie Krzemieńca (Kremenarosa) - (fot. Artur Marć)

1 % DLA PTT

 

Współpraca

 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
 
 
 
 
 

RABATY DLA CZŁONKÓW

Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama
 
Reklama